<p>A gdyby tak zniknąć? Jak ludzie to robią, że jednego dnia są, a drugiego już nigdzie nie da się ich znaleźć?</p>
Mówili, że ludzie znikają. Szeptali, plotkowali, przekazywali dalej informacje zasłyszane od znajomych znajomych. Ot, brat cioteczny kuzynki, który w telewizji pracował, wspominał coś komuś o materiałach, których nie pozwalali im publikować, żeby paniki nie siać. Gdzieś indziej komuś kolega policjant opowiadał, że trupy znajdują, bez organów – pewnie ofiary czarnego rynku transplantacji. Ale nic oficjalnie nie wiesz, więc nikomu nie mów – tym samym wiedzieli wszyscy. Czyjaś siostra się ponoć zapodziała, czyjaś babcia przepadła, ale potem się w sumie odnalazła, więc albo to nie to, albo miała po prostu szczęście. Niemniej trudno było kogokolwiek wskazać palcem. Bo może to stara sprawa już, a może to w Lubelskim a nie Lubuskim właściwie, a kto wie, czy to tylko nie plotki, żeby wystraszyć z okolic niechcianych inwestorów?
Ważne, że ludzie znikali i należało się bać, tylko nikt do końca nie był pewien czego, bo czy zapotrzebowanie w końcu było na młode i niepokorne dusze, czy te stare na skraju demencji? W zasadzie nie miało to znaczenia i po prostu należało się bać. Niczego więcej nikt nie oczekiwał.
<p>Podróże w czasie w klimacie wiktoriańskiego s-f? Służę uprzejmie.</p>
– Czy gdybym podjął taką decyzję, nie zmieniłbym w ten sposób rzeczywistość
– Tak, jak najbardziej – przytaknął Anton z entuzjazmem. – Jednocześnie nie stałoby się absolutnie nic. A to dlatego, że nie żyjemy w rzeczywistości, w której pan taką decyzję podjął.
– Czyli na nic nie mamy wpływu?
– Wolę mówić, że na wszystko już wpłynęliśmy. Zamiast postrzegać wszechświat, jako ten, który determinuje nasze wybory, wolę patrzeć na nasze wybory jak na to, co zdeterminowało wszechświat. Nie podoba się panu taka wizja, prawda? Proszę się tym teraz nie kłopotać. Są takie rzeczy, które trudno zrozumieć, zanim się ich nie doświadczy.
<p>Mówi się, że zabija nie broń, ale człowiek, który jej używa. A gdyby tak człowiek sam stał się bronią?</p>
– Oskarżony nie chciał skorzystać z pomocy przysługującego mu adwokata i postanowił sam wystąpić w swojej obronie. Wysłuchajmy teraz tego, co ma nam do powiedzenia.
– Jestem niewinny.
Światła dziennikarskich reflektorów błyskały w jego kierunku, a wśród zebranych rozlegały się gniewne okrzyki.
– Niewinny? – zapytał sędzia Rącki. – Kiedy oskarżony już się do wszystkiego przyznał!
– Owszem . Zrobiłem to wszystko. Ale nie jestem winny.
<p>A gdyby tak zamiast rybek w akwarium trzymać demona w rafandynce? </p>
Oglądanie świata przez szkło butelki sprawiało, że wydawał się on większy. Zaokrąglone boki wykrzywiały obraz pokoju. Tryptyk ze słoniami, wiszący na ścianie naprzeciwko mojej komody, wyginał się tak, że kiedy spoglądałam na niego z pokładu statku, był niemal na linii mojego wzroku. Kiedy spoglądałam na niego przez okno koi, wznosił się nade mną jak słońce tuż przed południem. Słoniowy, majestatyczny zenit. A kiedy ktoś przekręcił butelkę denkiem w stronę obrazów, malowane zwierzęta zaczynały przybierać prawdziwie chaotyczne kształty. Światło załamywało się i zakrzywiało, rozciągając trąby i kły w kulistych kręgach. Tak, przez denko najciekawiej oglądało się pokój. Mogłam patrzeć na słonie całymi godzinami, dniami, miesiącami. Kochałam tę butelkę. Kochałam jej denko, kochałam tryptyk, a najbardziej kochałam grudzień.
Opowiadanie dostępne było na portalu magazynu Histeria, ale z uwagi na to, że strona zakończyła swoją działalność, tekst chwilowo nie jest dostępny on-line.
<p>Słowiański horror naświetlony na papierze fotograficznym czułym na coś więcej niż światło widzialne.</p>
– Pokrzywa. Mógłby być też dzięgiel, ale on jest szczelniejszy. Pokrzywa, jak membrana, pozwala wchodzić duchom do domów, ale zwykle nie daje im wyjść. Dzięgiel blokuje przechodzenie w obie strony. Można go używać świeżo po śmierci, jeśli wiadomo na pewno gdzie mamy ducha. Pokrzywa działa bardziej jak żywołapka. Dzięki niej można jeszcze zwabić do środka co potrzeba. Jeśli maleństwo chodzi po ogrodzie, to będziemy mogli je zaprosić z powrotem do domu.
Opowiadanie dostępne było na portalu magazynu Histeria, ale z uwagi na to, że strona zakończyła swoją działalność, tekst chwilowo nie jest dostępny on-line.
<p>Szczypta "Pinokia", garść "Siedmiu krasnoludków...", łyżeczka wróżkowego pyłku i pięć litrów bezpardonowej walki o pokój.</p>
– Posłem jesteś? – zapytał król. – Ty? Doprawdy, albo twoja królowa drwi ze mnie, albo próbuje mnie udobruchać poczuciem humoru. I wiesz co? Ja wierzę w jej dobre intencje. Bądź co bądź nie jest tajemnicą, że niezależnie od mnóstwa rzeczy, które nas dzielą, łączy nas z pewnością upodobanie do karłów. Nie ma lepszych błaznów! Więc przejdźmy już może do sedna. Wstęp był nie najgorszy. Kontynuuj. – Nagląco machnął na niego ręką. – Chcę się pośmiać!
– Królowa Śnieżka wysłała mnie z poselstwem, abym przekazał w jej imieniu jaśniepanu, iż spodziewamy się natychmiastowego zawrócenia wojsk waszej ekscelencji spod granic Baśniowego Królestwa i zaprzestania niepokojenia mieszkańców naszych wiosek i miast.
– Wyborne! – zawołał uradowany władca i uniósł ręce, aby zachęcić zebrany tłum do śmiania się na głos razem z nim. Wiele już w tej komnacie widziano, ale takiej arogancji ze strony zapędzonego w kozi róg sąsiedniego państewka nikt się nie spodziewał. – Nie przerywaj!
<p>Nuta absurdu oraz współczesne społeczeństwo w krzywym zwierciadle.</p>
Który to już był? Trzeci miesiąc Iwonki bez pracy? Trzynasty tydzień? Dziewięćdziesiąty szósty dzień bez bąbelków wieszających się jej z radością na szyi, kichających w oko na dzień dobry, wycierających zasmarkane paluszki w kolorowy, radosny sweter? Tyle brutalnego czasu minęło, odkąd musiała się wyprowadzić z rodzinnego miasteczka, żeby teraz z trudem szukać nowej, ukochanej pracy w metropolii. Tymczasem na jej drodze stanęło nie jedno zasmarkane dziecko, nie dwójka maluchów, które zapomniały o tym, że już nie noszą pieluch, nie piątka, która za późno zorientowała się, że turlanie w dół z osiedlowej górki, na którą wyprowadza się wszystkie okoliczne czworonogi, to nie jest najlepszy pomysł. Na jej drodze stanęła Ohyda we własnej osobie.
<p>Myszy w zborzu, drewnojady w stropie a wywerny za płotem. Na każdego szkodnika znajdzie się sposób.</p>
– Wywern?
– A jakże. Nie powiecie mi, że nic wam o tym nie wiadomo. Toż to w tych okolicach właśnie. Chłop wzruszył ramionami.
– Ale gdzie by tam, żeby on pod wieś podchodził? Nawet jak jest, to głęboko w lesie.
– O tak, teraz to głęboko w lesie. Ale niech tu bestia osiądzie, zrobi się pewniejsza i patrzeć jak zacznie krowy zagryzać. A potem psy, kozy i o. – Skinął na kobietę z dzieckiem. – Ją byś puścił do lasu? A jak ci maluch podrośnie? Bo i ludzie w końcu zaczną znikać.
– Z całym szacunkiem, panie, ale mówimy o wywernie, tak? Toż to nie smok. Bardziej skrzydlata świnia.
Gość wybuchnął gwałtownym śmiechem.
– Świnia? To niezłe tu musicie mieć świnie. Chętnie je za dnia obejrzę, jeśli wolno.
<p>Są rzeczy, dla których warto poświęcić wszystko: czas, pieniądze, spokój, a nawet... własna duszę.</p>
Hermesowi
Moja babcia mówiła, że stary zgred mieszkający nad nią sprzedał duszę diabłu. Nie miała racji. Po prostu był starym zgredem. Myliła się też co do chłopaka w glanach z bloku dwie ulice dalej i wstrętnej flądry, która nie wpuszczała księdza po kolędzie. Prawdę mówiąc, babcia nie była najbardziej wiarygodnym źródłem informacji.
Szukałem dalej.
Wujek był majstrem i powtarzał, że diabeł bogatemu dzieci kołysze. Nie ukrywał, że chodzi mu akurat o kuzynów, którym faktycznie nie najgorzej się powodziło. Jak byłem u nich przy okazji, rozejrzałem się uważnie. Tak na wszelki wypadek. Dzieci jednak miały się świetnie, a kołysały je elektryczne leżaczki. Ani śladu diabła.
Zapytałem w końcu księdza, lecz ten tylko odparł lakonicznie, że diabeł siedzi tak naprawdę w każdym z nas. Uśmiechnął się i odszedł. Filozof. A ja nie potrzebowałem filozofa. Potrzebowałem kogoś kto w końcu mógłby mi jasno powiedzieć, gdzie go znaleźć.
Przestałem wypytywać. Zacząłem szukać na własną rękę. Byłem w domach rozpusty, dziekanatach i na poczcie. Odwiedziłem Wiejską i akademik politechniki, bo było blisko. Chodziłem po opuszczonych domach, antykwariatach i na death metalowe koncerty. Zapisałem się do wróżek, radiestetów i meteorologów, wprosiłem na czarną mszę do znajomego znajomego. Koleżanka chciała mi nawet podrzucić swoje dziecko na weekend i zapewniała, że to pomoże, ale coś nie chciało mi się wierzyć.
Szukałem dalej, choć zacząłem tracić trochę nadzieję. Nie wiem, może poddałbym się kompletnie, gdyby nie ta zasuszona staruszka, która zaczepiła mnie w kolejce sklepowej. Żaliłem się bratu przez telefon, że to na nic i bez sensu i nigdzie go nie ma, gdy odwróciła się do mnie.
– Szczegóły – powiedziała szeptem, tak żeby nikt inny nie słyszał.
– Co proszę? – Zezłościłem się, że ktoś mi przeszkadza.
– Wieś Szczegóły, gmina Rudziki – odparła. – Tam go pan znajdzie. Tylko proszę nie mówić, że to ja panu powiedziałam. – Jakbym wiedział w ogóle, kim jest.
Zanim zrozumiałem, o co chodzi, spakowała pospiesznie zakupy i odeszła.
Ale nawet gdy już to do mnie dotarło, nie pojechałem tam. Nie od razu. Nadal szukałem po swojemu. W psich budach, windykacji, galeriach handlowych, ZUSie i fabryce przetworów dla niemowląt. Ostatecznie uznałem, że może jednak warto spróbować. Przecież co mi szkodzi?
Pojechałem na wiosnę. Istny koniec świata. Przyjęła mnie starsza pani mieszkająca pod lasem. Pogadałem z nią od serca, a nazajutrz wysłała mnie do starej garbarni i prosiła by więcej z nią o tym nie mówić.
Poszedłem. Na miejscu kazali mi zaczekać przed bramą do fajrantu. Kilka minut po dzwonku zaskrzypiała furtka i wyszedł On, trzymając w ustach zapalonego papierosa.
– No? – zapytał. – Tylko szybko.
– Chciałem duszę sprzedać – powiedziałem bez owijania w bawełnę.
Zaciągnął się, wypalając na raz niemal połowę, po czym wydął gniewnie chrapy.
– Na kogo ja ci wyglądam, co? Nie pcham się w szemrane interesy! – Stuknął kopytem i jakby odganiał muchę, machnął na mnie łapą, na której znać było przetarcia od ciężkiej pracy.
– Kiedy mnie bardzo zależy!
– A mnie w ogóle.
– Bardzo ładnie proszę. Ja muszę…
– Musisz? – Zawahał się. – Ty z tych, co? – Spojrzał na mnie podejrzliwie.
Przytaknąłem, na co skinął ze zrozumieniem.
– Ale tak się nie da – powiedział. – Musze kupić. A pieniędzy nie mam. Zadłużyłem się. Szkoda gadać. – Spojrzał ukosem na zakład.
– Nie będę się targować.
Popatrzył na mnie, już z sympatią i zaczął grzebać w kieszeni.
– O! – powiedział, wyciągając zeń po chwili łapę. – Guzik.
– Dusza za guzik?
– Dusza za guzik!
Przyklasnęliśmy sobie, pieczętując układ. Zatrzymał mnie jeszcze na chwilę, wytłumaczył co i jak, po czym pożegnaliśmy się ciepło i odeszliśmy w swoje strony.
Życie toczyło się dalej. Przestałem szukać. Zajęłam się swoimi sprawami.
Długo po tym, kiedy On spłacił już zapewne cały dług i wszystkie odsetki, przyszło mi w końcu pożegnać się z tym światem. Zapamiętałem na ten czas każde jego słowo i wszystkie wskazówki, które mi dał. Przeszedłem przez limbo, skręciłem gdzie mi kazał. „Mijasz piekło, mijasz niebo – duszy nie masz, nikt się nie może czepiać." Szedłem jak mi tłumaczył, nie zatrzymując się i nie odwracając, aż dotarłem na miejsce. Chcieli mnie stamtąd jeszcze zawrócić i pognać z powrotem przed Sąd Boży, lecz zaparłem się machając im guzikiem.
– Guzik chcecie sądzić? – pytałem. – Guzik? Nie mam duszy. Nic tam po mnie.
Popatrzyli po sobie, pokiwali ze zrozumieniem głowami i rozstąpili się.
Spojrzałem na most, który się przede mną ukazał. W moim zimnym już ciele, gdzieś daleko na ziemi, z pewnością zadrżało jeszcze serce. Ruszyłem przed siebie, nie będąc nawet pewnym, co mnie właściwie czeka. Szczeka? Idę dalej ściskając guzik. Szczeka! Po chwili widzę, jak biegnie do mnie w podskokach, machając na boki ogonem. Kucam. Witamy się chyba całe wieki. Kto nam zabroni? Kto nam zabroni witać się teraz i całe eony?
– Tęskniłem przyjacielu – odparłem w końcu. – Chodź, oprowadzisz mnie po okolicy.
–
11 II 2016 Warszawa
Od autora:
Na wstępie zaznaczę, że naprawdę nie przepadam za tłumaczeniem tekstów przez autora – dobry tekst w końcu broni się sam, prawda? – ale czuję, że to jedno opowiadanie może go wymagać. Gdy „Guzik" został po raz pierwszy wysłany jako propozycja wydawnicza, przyszła do mnie odpowiedź mówiąca, że w porządku, całkiem fajny tekst, ale jak to tak można pisać o tym, że zwierzęta nie mają duszy? No więc ja chcę wyjaśnić, jak to tak można.
Tekst został napisany po utracie wspaniałego przyjaciela. Był to dla mnie trudny moment, który chyba jest zupełnie zrozumiały dla każdego, komu przyszło żegnać się z najlepszym psem świata – jest ich naprawdę dużo, więc każdy może mieć swojego, nie? Ten tekst był dla mnie jedną z wielu form ułożenia sobie tego, co się wydażyło i zastanowienia się nad tym, jak dalej żyć. Był próbą znalezienia sposobu na to, żeby koniec nie stał się końcem ostatecznym i wykrzesania skądś iskry nadziei w tym beznadziejnym okresie. Był tylko szukaniem drogi.
Warto wspomnieć też o tym, że „Guzik" powstał jako dzieło wtórne. Zainspirował mnie do niego wiersz, napisany również przeze mnie, nieco wcześniej, nieco bliżej tego dnia, którego nikt nie chciał, w zasadzie to… ledwie nazajutr od „wtedy". A oto i on, winowajca całego zdarzenia:
Ogłoszenie
Sprzedam duszę, tanio, za bezcen. Pilnie muszę, ja już jej nie chcę. Bo mi się gdzieś obiło o uszy, że ponoć pies też chodzi bez duszy i że po śmierci nie idzie do nieba, bo żeby tam iść, duszę mieć trzeba. Więc ja jej nie chcę. Oddam za grosze. Chcę iść dokładnie tam, gdzie on poszedł. I, jak ktoś wie, gdzie mogę ją sprzedać, To niech mi powie. Nie chcę do nieba…
<p>A gdyby tak pojawiło się... nic? I gdyby tak tego nic zaczęło być coraz więcej?</p>
Mimo pierwotnych uprzedzeń, zabrano się sumiennie za badania i dokładną analizę Pustki, ale zadanie okazało się trudniejsze, niż się początkowo wydawało. Nie istniało bowiem nic, co dałoby się zbadać.
W Pustce nie znajdowało się nic do zmierzenia, zważenia, obliczenia albo chociażby wsadzenia pod mikroskop czy na palnik. Zupełnie nic. Niczym nie promieniowała, nie drgała, nie emitowała żadnych dźwięków i zdawała się trwać daleko poza zasięgiem empiryzmu. Nawet próżnia traktowała tęgie umysły łaskawiej, pojawiając się przynajmniej w ściśle określonych warunkach i będąc przyzwoicie przewidywalną. Pustka natomiast wytrącała im z dłoni wszelki poznawczy oręż.
<p>Czy Święty Mikołaj jest światu jeszcze potrzebny? Czy są dzieci, które nadal czekają na gwiazdkowy cud, zamiast na torby pełne markowych pudeł i najmodniejszych cacek?</p>
Wstęga ciemnej rzeki wiła się dziesiątki metrów pod płozami. Gładka tafla wody odbijała ciemne niebo chmurnej, bezgwiezdnej nocy. Gdy się patrzyło na wodę z góry, można było odnieść wrażenie, że to szczelina między dwoma brzegami. Rozpadlina prowadząca w głąb świata, z którego, jak z czarnej dziury, nie wracało nic – nawet światło.
Sanie szarpnęły mocniej, na co dzwonki odpowiedziały głośnym pobrzękiwaniem. Reny opuściły łby i skierowały się ku światłom pobłyskującym niedaleko łysiny miejskiej plaży. Długie molo ciągnące się wzdłuż brzegu rozświetlało okolicę rzędem latarni. Dopiero w ich blasku nieprzepastna czerń stawała się znów wodą, niczym ciepły wosk zasklepiającą pęknięcia w skorupie świata między dwoma brzegami. To tam się kierowali.
Zwierzęta, dysząc ciężko i zarzucając rogatymi łbami, pędziły w dół prosto na kawałek drewnianego traktu, wynurzającego się z rzeki.
Zanurkowały ostro i przez chwilę zdawać by się mogło, że spadają, aż wreszcie gwałtownie wyrównały lot. Żeliwne płozy omal nie uderzyły o dach kawiarni znajdującej się na końcu pomostu, a chwilę później kilka par kopyt zadudniło na drewnianych deskach. Sanie opadły ciężko i powoli zaczęły zwalniać, sunąc coraz wolniej jak po pasie lotniskowym. Gdy dotarli do końca molo, zwierzęta dreptały już tylko żwawym kłusem, a gęste opary mgły wydobywały się z ich kościanych łbów.
Setki lat służby u Świętego im nie służyły. Wieczność nikogo nie oszczędzała, ale reny, niestrudzenie pędzące podniebnymi szlakami, dawno przestały przypominać przyjazne zwierzęta, którymi kiedyś były. Gruba sierść mogła chronić przed mrozem, ale skóra smagana ostrym wiatrem na wysokości kilku kilometrów, wystawiona na nieludzkie warunki, po latach zaczęła pękać. Po kilu dekadach odłaziła już grubymi płatami, jak wężowa wylinka, aż ostatecznie pozostawiła pyski i przednie kończyny ogołocone do kości. Cóż, reny nie były stworzeniami o wyjątkowo opływowych kształtach.
Mocne poroża trzymały się twardo na swoich miejscach, a zaraz za nimi, na karkach, falowała gęsta, siwa grzywa, ale łby pobłyskiwały już jedynie białą kością. U niektórych ostały się jeszcze głęboko osadzone ślepia, przeżarte bielmem, niczym upiorne perły.
Z nozdrzy wydobywały się strużki ciepłego powietrza. Zaprzęg opuścił molo, po czym skręcił na drogę wyłożoną kamienną kostką.
Śniegu nie było. Zwierzęta stąpały ciężko po bruku, ale sanie sunęły bezgłośnie kilka centymetrów nad ziemią. Ruszyli w stronę rynku, nie niepokojeni przez przechodniów.
Nikt nie odwracał się za rzędem renów, nikt nie zwracał uwagi na podniszczone sanie, zwinnie lawirujące między pojazdami. Nikt nie przejął się tym, że zaprzęg zatrzymał się w końcu na szerokim placu i wysiadł z niego mężczyzna obleczony w wypłowiały, bladoróżowy płaszcz.
Wieczność nie oszczędzała nikogo.
Krótka broda i wąsy pożółkły od papierosów, a worki pod oczami i opadłe poliki w niczym nie przypominały rumianego, pucułowatego oblicza dawno temu zajmującego ich miejsce. Mężczyzna poprawił uszatkę i ruszył przed siebie, nie oglądając się na zaprzęg. Skręcił w boczną uliczkę, po czym stanął przed sklepem monopolowym.
Pociągnął nosem i wszedł do środka. Ekspedientka nie podniosła głowy znad krzyżówki. Nie odwróciła się na pobrzękiwanie butelek, gdy sięgał po piwa. Schował kilka z nich do głębokich kieszeni i podszedł do kasy. Nie drgnęła nawet, kiedy wyciągnął dłoń, a na plastikową podstawkę posypała się garść monet.
Wyszedł bez słowa.
Zatrzymał się na ulicy i gwizdnął krótko. Zaraz potem renifery wychynęły zza węgła i podeszły posłusznie. Święty złapał poroże jednego z nich i przyciągnął do siebie, zmuszając zwierzę do obrócenia łba. Przytknął butelkę do końcówki rogu, dawno temu z nudów wyrzeźbionej na kształt otwieracza do butelek. Kapsel kliknął i odskoczył przed ulatującym z sykiem gazem. Święty puścił rena i ruszył chodnikiem, przytykając szkło do ust.
Reny podążały za nim po zadbanym brukowanym deptaku otoczonym białokremowymi kamienicami. Czerwone dachy chyliły się przyjaźnie ku ziemi, jak parasole, odcinające przytulne miasteczko od chmurnej nocy. Było ślicznie. Bajkowo niemal. Brakowało tylko prószącego delikatnie śniegu, wpadającego w pułapkę poświaty ulicznych latarni, i chórów kolędników w przebraniach. Może kręcili się po jarmarku na rynku?
Przeszedł powoli kilka ulic, obserwując zmieniający się miejski koloryt. Nagle coraz mniej było wokół nich bieli i czerwieni. Niespodziewanie ustępowała szarościom, a przepych odcinał się, od podniszczonych kamienic tej części miasta, jakby opadający ze ścian tynk, mógł być zaraźliwy.
Święty zatrzymał się, a reny, posłusznie stanęły zaraz za nim. Obrzucił obojętnym wzrokiem stary ceglany budynek stojący na uboczu. Jedno z tych miejsc, których nikt oprócz znudzonej młodzieży i bezdomnych nie chciał zauważać. Drewniane drzwi zamknięto solidną kłódką, z jakiegoś powodu sądząc, że powstrzyma to kogokolwiek przed wejściem do środka przez rozbite okno na tyłach. Szyby na parterze, przynajmniej te od strony ulicy, zastawiono dyktą. Te na piętrze dalej straszyły brudnym, zmatowiałym szkłem, ale nie było ich przynajmniej na linii wzroku.
Święty odwrócił się i cofnął do sań. Stanął jedną noga na płozie, chwycił się oparcia siedzenia i gwizdnął cicho, a zwierzęta ruszyły ostrożnie. Unieśli się lekko, zatoczyli koło nad ulicą i wrócili pod dom. Zatrzymali się pod jednym z wiekowych okien na piętrze. Mężczyzna zajrzał do środka, ale niewiele widział w ciemności. Rzucił pustą butelkę pod siedzenie i sięgnął do kieszeni po notatnik, aby upewnić się, czy adres jest właściwy. Był. Raz jeszcze pociągnął nosem, puścił oparcie i zrobił krok naprzód. Przed siebie, przez ścianę. Nie było dla niego przeszkód.
Stanął na brudnej zakurzonej posadzce. Zostawił na zewnątrz zaprzęg i spoglądającego na mężczyzną zaciekawionego rena. Miejsce wyglądało na od dawna opuszczone. Tląca się na środku pokoju świeca rzucała wątły blask na pomieszczenie. Na szczęście Święty bez problemu widział w ciemności.
Dostrzegł odłażącą ze ścian farbę, dziurę po framudze drzwi i kilka butelek w rogu ułożonych jedna na drugą. Chyba ktoś dla żartów próbował zrobić z nich choinkę. A może nie dla żartów? Spojrzał na stary materac w kącie pokoju. Coś na nim leżało. Coś przykryte było zużytą, puchową kołdrą bez poszewki i wystawiało spod niej tylko czubek głowy. Dwoje czarnych, pustych oczu spoglądających na ciemny pokój bez emocji.
Święty zatrzymał skupione spojrzenie na tamtym miejscu. Nie takie rzeczy już widywał. A w zasadzie głównie takie.
Odkąd większość dzieci dostawała prezenty od rodziny i bliskich, jemu pozostawały tylko te niechciane maluchy, pozostawione same sobie. Nie potrzebowano go w ciepłych domach, z górami podarków wylewającymi się spod choinek. Jego zadaniem było upewnić się, że każde dziecko dostanie prezent i od lat odwiedzał już tylko te, które na bliskich nie mogły liczyć.
Zostawiał drobiazgi nieprzykuwające uwagi. Coś, czego nikt nie zabierze obdarowanemu następnego dnia rano, albo drobiazg, który można było łatwo schować. Tyle udawało mu się dla nich zrobić. A potem wracał do domu i sam zaczynał pić, coraz bardziej upodabniając swoje cztery ściany do tych, w których bywał… od święta.
Coś delikatnie naciągnęło kołdrę wyżej na twarz, przez co zostawiło sobie już tylko niewielką szparę, przez którą mogło obserwować pokój i… jego?
– Hej – mruknął mężczyzna i ukucnął obok świecy. Cienie załopotały na pustych ścianach, aby uspokoić się chwilę później. – Widzisz mnie? – zapytał zachrypłym głosem.
Odpowiedziało mu nieśmiałe, powolne kiwnięcie głową.
To się zdarzało. Niektóre dzieci widziały nieco więcej, w tym także jego. Taka luka w nałożonej na Świętego klątwie, której nie potrafił niestety rozgryźć. A szkoda. Może mógłby dzięki temu nauczyć się komunikować z innymi? Na co dzień zadowalał się jedynie towarzystwem renów i robił, co do niego należało.
– Uciekłeś z domu? – zapytał Święty.
Ponowne przestraszone skinięcie.
Kiedyś dzieci, które go przyłapywały, witał wesołym: „A czemu jeszcze nie śpicie?". Od dawna jednak nie potrafił się już zdobyć na wesołość.
Westchnął i skrzywił się lekko.
– Skoro nie śpisz – powiedział zbierając myśli – to może sam mi powiesz, co byś chciał dostać?
– Jesteś Świętym Mikołajem? – zapytał maluch. Wysunął usta i brodę spod brudnej kołdry.
– Tak. Czego byś chciał… Witku?
– Możesz spełnić moje życzenie? – Dziecko uniosło się na łokciach i usiadło, zakrywając się nadal szczelnie przed zimnem tak, że tylko głowa mu wystawała.
– Nie – odparł z posępnym mruknięciem. – Mogę tylko dać ci coś w podarku. Prezent.
– Czy mógłbyś mi w prezencie dać nową rodzinę?
– Obawiam się, że to nie możliwe – stwierdził Święty bez emocji.
Już to przechodził. Wiele razy. Próbował. Starał się przechytrzyć klątwę i naginać jej zasady, ale nieśmiertelności nie dostaje się niskim kosztem. Bariery trzymające go w ryzach były solidne niczym żeliwne kraty. Próbując z nimi walczyć, mógł co najwyżej przysporzyć sobie bólu głowy.
– Zabawki. Mogę ofiarowywać jedynie zabawki i niewinne podarki. Więc jak? Jest coś, co byś chciał ode mnie dostać?
Chłopiec milczał. Odwrócił wzrok na migoczący płomień świecy i wpatrywał się w niego przez chwilę bez słowa. Święty nie musiał czytać w myślach, aby rozumieć, co mu chodzi po głowie. Zabawki były ostatnią rzeczą, jaka była mu teraz potrzebna.
– Może czapkę? Mógłbym ci dać czapkę. Tu jest zimno jak w kostnicy – powiedział, zanim zdążył ugryźć się w język. Porównanie mogło do rana okazać się zbyt trafne.
– Szachy? – zapytał chłopiec niepewnie.
– Szachy?
– Mhm. Szachy – przytaknął, a migotanie świecy odbiło się w jego ciemnych oczach.
– Mogę ci dać szachy. Jesteś pewien? – Wyciągnął przed siebie dłonie w czarnych, zdartych rękawicach.
– Tak. Chcę szachy. Zagrałbyś ze mną? – Spojrzał na mężczyznę z nadzieją.
Święty ściągnął brwi. Nie musiał się martwić czasem. Dla niego biegł on zupełnie innym torem niż dla zwykłych ludzi. Jakkolwiek długo by tam nie został, na pewno nie zabrakłoby mu nocy na odwiedzenie reszty dzieci. Ale czy chciał? Nie, nie chciał. Przyzwyczaił się żyć obok nich. Rozgoryczenie po powrocie do pustego domu, kiedy wcześniej rozmawiało się z kimś, spędziło czas… to bolało bardziej niż odtrącenie zawczasu. Upicie łyka gorącej czekolady, gdy nie mogło się sięgnąć po całą szklankę, tylko rozdrażniało kubki smakowe. Napływało więcej śliny, a żołądek ściskał się i przypominał, jak dawno niczym go nie poczęstowano. Łatwiej było uciec, zanim dotarł go jeszcze słodki zapach. Łatwiej było klasnąć w dłonie i zniknąć tak szybko, jak to możliwe, zamiast zostawiać sobie bolesne wspomnienie bliskości drugiej osoby. To go bardzo bolało. Ale… dziś przecież nie chodziło o niego.
– W porządku – wydusił z siebie, czując nieprzyjemny uścisk w klatce piersiowej.
Odwrócili się obaj, gdy usłyszeli stukanie do okna. Ren zarzucił łbem, żeby popędzić Świętego. Ten tylko machnął na niego ręką, jakby chciał odpędzić muchę. Raz jeszcze ułożył dłonie przed sobą i skupił się na nich. Tym razem przerwał mu chłopiec:
– A czy jak wygram… – bąknął, a oczy zrobiły mu się nagle okrągłe z emocji. – Czy możemy się umówić… że, jak wygram… to, czy nie mógłbyś jednak spełnić jednego mojego życzenia? – zapytał zmieszany, nie będąc pewnym, czy nie prosi o zbyt wiele. Z drugiej strony, co miał do stracenia?
Święty zmarszczył czoło.
Umówić się? Umowy miały wielką moc. Niemal tak wielką jak błogosławieństwa i klątwy. Chłopiec nie mógł zdawać sobie z tego sprawy, ale zawarcie umowy dawało Świętemu większe możliwości. Magia, zarówno dzika jak i ta dawno oswojona, otwierały się na traktaty i skupiały gromadnie wokół przysiąg i zobowiązań. Gdyby się umówili… tak, wtedy chyba mógłby spełnić jego życzenie.
– Zgoda. Jeśli wygrasz – przytaknął Święty po chwili zastanowienia. – Jeśli wygrasz, spełnię twoje życzenie.
Ciepły blask wdarł się na chwilę do pokoju i drewniana, starannie rzeźbiona szkatułka pojawiła się w otwartych dłoniach mężczyzny. Usiadł i położył ją na podłodze między nimi. Obrócił pudełko ostrożnie i uniósł metalowy haczyk zatknięty na niewielkim gwoździku. Otworzył wieko, po czym wysypał czarne i białe figury. Przysunął bliżej świecę, aby chłopiec lepiej widział planszę. Poustawiał pionki na miejsca; czarne po swojej stornie – białe po jego.
– Zaczynasz – powiedział i skinął głową.
Blada ręka wysunęła się powoli spod kołdry i pion powędrował sprzed króla, dwa miejsca do przodu. Grali powoli, bez pośpiechu, w skupieniu zastanawiając się nad kolejnymi ruchami. Na zmianę, biały, czarny, biały, czarny, odszedł pion, odszedł goniec, biały, czarny, koń wdarł się ciut za daleko, czarny, biały, czarny, hetman nierozważnie zatrzymał się obok wieży, ale jakimś cudem wyszedł z tego cało, roszada, odszedł koń i pociągnął za sobą kolejnego gońca…
Przeciągłe skrzypienie oderwało Świętego od planszy. Odwrócił się do okna, za którym ren kręcił niespokojnie łbem. Raz jeszcze przywarł rogiem do szyby i przejechał nim po gładkiej powierzchni. Mężczyzna cmoknął niezadowolony i wrócił do gry. Drobna chłopięca dłoń pewnym ruchem pchnęła kolejnego piona do przodu. Mężczyzna uniósł wzrok na Witka i już chciał sięgnąć po hetmana, kiedy zamarł.
Dziecko wpatrywało się w planszę z zaciętością i mocno zaciskało wargi. Dobrze grało, zauważył Święty. Zadziwiająco dobrze jak na chłopca opuszczonego przez Boga i ludzi. Nie żeby siebie samego uważał za wybitnego gracza, ale spodziewał się zupełnie innej rozgrywki. Takiej, w której być może będzie musiał tu i ówdzie zrobić kilka niewinnych błędów, zamiast zawzięcie bronić się przed zostaniem pokonanym w każdym kolejnym ruchu.
Witek, kiedy zauważył jego zawahanie, również uniósł wzrok. Płomienie świecy nadal odbijały się w jego oczach, choć tym razem Święty zauważył, że niepokojąco dobrze do nich pasowały. Kolejne skrzypienie wyrwało go z zamyślenia, ale już się nie odwrócił.
– Graj – nakazał stanowczo chłopiec, a mężczyzna, chcąc nie chcąc, sięgnął po figurę.
– Czego byś sobie życzył? – zapytał ostrożnie. Obserwował teraz ruchy chłopca z dużo większą uwagą. – Jeśli wygrasz?
– Nic wielkiego. – Witek z chłodną obojętnością strącił ostatnią wieżę Świętego.
– Nie mam nieograniczonej mocy.
– To, czego od ciebie chcę, nie powinno być dla ciebie szczególnie wymagające.
– Więc jesteś już zdecydowany? – Zaklął w duchu, kiedy zauważył, że zrobił kolejny nierozważny ruch.
– Jestem – przytaknęło dziecko bez zawahania, a w jego głosie pobrzmiała nuta czegoś, niepasującego do ośmiolatka. Czegoś, co nie pasowało w ogóle do człowieka.
– Może uchylisz rąbka tajemnicy?
– Szach – odparł tamten w odpowiedzi. Sięgnął po białego hetmana i przesunął go kilka pól po pustej już niemal planszy. – I mat – dodał spokojnie.
Stukanie w okna nie było już potrzebne, ale reny jeszcze o tym nie wiedziały. Nerwowo parskały i przepychały się przed kamienicą, zarzucając kościanymi łbami i przestępując w powietrzu z nogi na nogę.
Gra była skończona.
Chłopiec trzymał jeszcze chwilę zimne palce na figurze, jakby sam nie mógł w to uwierzyć. A potem nagle blada dłoń opadła na planszę z nieprzyjemnym plaśnięciem, kiedy oderwała się od ręki. Przewróciła pozostałe na niej piony i zamarła w bezruchu.
Święty wzdrygnął się i skrzywił z niesmakiem. Powoli, nie spuszczając wzroku z chłopca, podniósł się z ziemi. Witek, albo raczej to, co tak uparcie go przypominało, podążyło za nim martwym spojrzeniem i lekko uniosło kąciki warg. Kikut ręki schował się na powrót pod kołdrę, ale tylko na chwilę. Zaraz potem wychynęła stamtąd łapa naszpikowana długimi, czarnymi pazurami. Sięgnęła do ciemnych włosów dziecka i pociągnęła je lekko w dół. Zsunęła skalp i wymęczoną chłopięcą twarz, po czym odrzuciła je niedbale na bok. Stwór zaczął się podnosić i rosnąć. Zrzucił starą kołdrę, ukazał włochate cielsko i z westchnieniem ulgi wysunął długie, zaokrąglone rogi sięgające niemal do sufitu. Resztki niewielkiego ciała, w które nieporadnie się wcisnął, rozdarły się teraz na nim jak za małe ubranie. Zamachnął długim ogonem i stuknął kopytami, rozprostowując nogi.
Święty zacisną ze złości zęby i cofnął się pod ścianę, nie spuszczając z Krampusa wzroku.
– Jedno życzenie – warknął demon, robiąc krok w jego stronę. – Zgodziłeś się. Wiąże cię przysięga.
Jak mógł się dać tak podejść? Jak mógł go nie rozpoznać? Bydlak uśpił jego czujność, chowając się przed nim na długie lata. Święty miał sposoby, żeby go przeganiać, ale kiedy podstępem wciągnięto go w układ…
– Czego chcesz? – zapytał przez zaciśnięte gardło.
– Tę noc spędzimy razem – warknął Krampus. – Zabierzesz mnie ze sobą i wspólnie odwiedzimy dzieci. Wszystkie, te dobre i te złe. I uczciwie się podzielimy, jak za starych dobrych czasów; dobre dla ciebie, a reszta dla mnie, Święty. Niewiele – dodał uśmiechając się wykrzywioną kozią twarzą. – Nie będziesz ich już przede mną ukrywał. Nie dziś – stwierdził, po czym ruszył w stronę sań i przeniknął przez ścianę.
Reny rzuciły się gwałtownie naprzód, jakby chciały uciec, ale potężna magia trzymała pojazd w miejscu. Mogły szamotać się tak w nieskończoność, a i tak nic by im to nie dało.
Razem, powtórzył Święty w myślach, nadal z trudem pojmując, co się właściwie stało. Razem z Krampusem jeździć od domu do domu? Jakby w tych beznadziejnych miejscach nie dość było już zła i nieszczęść? Grzeczne dzieci… To nie były miejsca dla grzecznych dzieci. To były miejsca, gdzie trzeba było walczyć o przetrwanie, a walka ta nieraz wymagała brutalności. Brutalności, którą wszyscy się brzydzili, choć nie potrafili od niej uciec.
Święty już dawno zrezygnował z podziałów. Rozumiał, że każdy zasługuje na szansę. Prezenty zostawiał wszystkim, naznaczając w ten sposób obdarowanych jako godnych podarku i zamykając w ten sposób drogę do nich Krampusowi. Gdyby jednak stwór dotarł na miejsce jako pierwszy, sam miał prawo dokonać osądu. Przewaga Świętego polegała na tym, że wiedział dokładnie, które dzieci mają być odwiedzone. Demon natomiast musiał szukać na oślep. Jeśli mieliby podróżować razem…
– No chodź, staruszku – zawołał stwór. Rozsiadł się nonszalancko na ławie i wyszczerzył ostre kły. – Nic już nie zrobisz.
Nic już nie zrobi. Święty poczuł napływającą falę złości i bezsilności. Dał się oszukać. Nie będzie mógł się ruszyć stąd bez demona, a dopóki nie odwiedzi wszystkich dzieci, wigilijna noc nigdy się dla niego nie skończy.
– Pospiesz się – ryknął Krampus. – Szczeniak narobił mi smaku. Nie każ na siebie czekać!
W sumie… czemu nie? Do czego mu było spieszno? Do domu?
Mężczyzna westchnął ciężko, po czym ponownie usiadł na podłodze i oparł się o ścianę. Sięgnął do kieszeni po kolejną butelkę i otworzył ją stuknięciem o parapet, rozlewając przy tym odrobinę gęstej piany. Niespiesznie zaczął sączyć piwo. Gorzkie i paskudne, jak wszystko dookoła. Tymczasem Krampus… Krampus uszczknął gorącej czekolady.
Stwór opuścił po chwili sanie i raz jeszcze zarył kopytami w grubej warstwie kurzu pokrywającego leciwą posadzkę.
– Co robisz? – zapytał, starając się ukryć niecierpliwość.
– Odpoczywam – odparł Święty obojętnie.
– Odpoczywasz?
Cielsko demona zatrzęsło się ze złości. Dookoła wyraźnie rozchodził się teraz nieprzyjemny zapach chłopięcej krwi. Już mu ślina napływała do pyska? Już mu się żołądek skręcał? Ze zwłok niewiele zostało, a on miał ochotę na więcej. Głodował przez tyle lat, żeby tylko przeprowadzić ten fortel.
– Niczego nie ugrasz – parsknął gniewnie.
– Masz rację – przyznał Święty ze spokojem. – Dałem się podejść jak głupiec. Ale po co się spieszyć?
Próbował sobie przypomnieć, czy demon naprawdę zażyczył sobie spędzić całą noc razem z nim? Jeśli tak, to sam też nie będzie mógł się od niego oddalić. Będzie musiał siedzieć tam w oparach słodkiej śmierci, tak długo jak długo sobie Święty zażyczy. Kiedy zorientuje się, że przysięga działa w obie strony? Kiedy zacznie z szaleństwa wylizywać podłogę do ostatniej wsiąkniętej w deski kropli krwi, nie mogąc znieść głodu?
– Dzieci poczekają – mruknął. Uśmiechnąłby się, ale już dawno zapomniał jak to się robi. – A ty takie ładne szachy dostałeś. Może chcesz jeszcze zagrać? – Skinął głową na rozrzucone figurki.
Nie chciał. Jeszcze nie. Czy zmieni zdanie, kiedy zorientuje się, że czas, w tę jedną noc, podąża za Świętym i na jego życzenie może stanąć w miejscu? W tym miejscu, z tym pragnieniem i tym ściśniętym żołądkiem. Kiedy się zorientuje, że wieczność nie oszczędza nikogo?
<p>Dokąd zmierza nasz świat i czy aby na pewno chcemy tam iść?</p>
(…) Życie człowieka jest wartością najwyższą. Zadaniem władzy jest kierowanie się przede wszystkim dobrem istoty ludzkiej i całego społeczeństwa, a co za tym idzie, gdy to konieczne, odsuwaniem na drugi plan wartości kulturowych, światopoglądowych i religijnych. (…)
Odsuwanie na drugi plan nie brzmiało najlepiej, ale nie był pewien jak inaczej to zapisać. Mógł oczywiście słowo w słowo tłumaczyć stare przemówienia, ale tekst miał być prosty i dotrzeć do prostych ludzi. A może zwyczajnie powinien zostawić odsuwanie, bez tego drugiego planu?
Pociągnął łyk mocnej herbaty z dodatkiem obrzydliwej ziołowej wódki. Nie był pewien w prawdzie czy była obrzydliwa, bo była w herbacie, czy wręcz przeciwnie, tylko w takiej postaci dało ją się w ogóle pić, ale z kamienną minął smakował jej cierpkość. Ważne że drapała w gardło chociaż trochę, a on napić się musiał. Na trzeźwo nie siadał do pracy.
Przeskoczył wzrokiem po tekście i zatrzymał się na kolejnym podkreślonym fragmencie.
(…) Niczym wymierające nosorożce, otoczone strażnikami dla ich własnego dobra, akceptujące ich obecność, choć jej nie rozumieją, tak ludzkość musi pogodzić się z obecnością siły wyższej, która wie więcej niż ograniczona perspektywa człowieka. Musimy i my te siły zaakceptować i pozwolić ograniczyć swoją wolność, aby przetrwać z dala od kłusowników współczesności, nie potrafiących nawet pojąć konsekwencji swoich działań! (…)
Zbyt bełkotliwe w jego mniemaniu, ale dotąd docierało z przekazem. Przekładał tekst na kolejne języki i zostawiał jego kopie za sobą jak kamyki rzucane przez zgubione w lesie dziecko. Ciągnęły się za nim po całym Obwodzie, prosząc się, żeby ktoś je w końcu połączył w zwarty ślad i podąży za nim aż tutaj, na stare turkmeńskie zadupie.
Rozejrzał się po knajpie, ale nikt zdawał się nie zwracać na niego uwagi. Żadnych szpiegów w ciemnych prochowcach, żadnych samotnych, podejrzanych typów. Nawet nie musiał się starać – Algorytm pewnie sam zacierał po nim ślady. Pusto.
Pusto było w zasadzie wszędzie ostatnio, ale psa przynajmniej zobaczył – Psa z Aszchabadu – wielki, złocony pomnik potężnego owczara, wspominający stare dobre czasy. Tfu! Co za herezja! On nie wspominał! On nadal stał na czele tychże wspaniałych czasów. Tutaj właśnie w centrum Obwodu, gdzie wolność jeszcze istniała. Ale skoro to tutaj była wolność, a nie wewnątrz strefy Nowego Świata, czemu to tutaj nadal obowiązywała cenzura?
Upił kolejny cierpki łyk i wrócił do tekstu.
(…) Musimy powiedzieć Chwilo Trwaj. Jesteśmy jak jabłko rosnące na drzewie. Rozkwitliśmy, dojrzewaliśmy, aż w końcu osiągnęliśmy pełnię soczystości. Co przed nami? Zacząć gnić i spaść, bądź zatrzymać się w czasie i cieszyć tym, co udało nam się osiągnąć. Naszym sukcesem, być może największym, jest to, że zawczasu zdążyliśmy zauważyć powstanie procesów gnilnych. Pierwszym krokiem do pokonania problemu jest zdanie sobie sprawy z tego, że problem w ogóle istnieje! Problem XXI wieku udało się zaleczyć i cofnąć ludzkość do okresu jej pełnego rozkwitu! (…)
Znał to na pamięć.
Były polityczne spory i niesnaski, był strach przed zmianą i opór, który należało złamać. Ale Algorytm ostatecznie przekonał do siebie niemal wszystkich.
Wojna była krótka. Niby nic nowego – technologia poparta ideą, ale i idea i technologia były tym razem zupełnie inne niż kiedykolwiek wcześniej. W obliczu nadchodzącego Dnia Zero, będącego skutkiem katastrof klimatycznych, nowa idea wygrywała ze wszystkim, co stanęło jej na drodze.
Ojciec coś jeszcze z tego pamiętał i czasem opowiadał to i owo z upadku kapitalizmu i przemian. Dziadek uciekł z rodziną z Europy przed ograniczeniem wolności, kiedy jeszcze ludzie panicznie się tego bali. Mimo wszystko, pod przewodnictwem Algorytmu, udało się wreszcie osiągnąć to, co zostało wcześniej skrupulatnie zaplanowane matematycznie – pokój. Ameryka, Europa i Chiny zjednoczyły się w wielkim…
– Ni to cyrk, ni to zoo! – powtarzał dziadek, nienawidzący życia na obczyźnie.
Wolność, w takim rozumieniu w jakim znano ją wcześniej, przestała istnieć. Jej granice stanowiło już jedynie dobro planety, a o tym, co było dobre nie mógł przecież decydować subiektywny człowiek.
(…) Nieopanowany pęd technologiczny nas zabije – przepisywał to już dziesiątki razy. – Zasoby ziemi są na wyczerpaniu. Za dwadzieścia, pięćdziesiąt, może nawet za sto lat wyczerpią się pokłady złota, srebra, aluminium czy ropy! Pozostaniemy bez helu, który ulatuje z atmosfery ziemskiej wraz kolorowymi balonikami, a nawet nie jesteśmy w stanie odnowić jego złóż! Postęp gospodarczy to ogromne zło, do jakiego nas zachęcano i którego konieczność nam wpajano! Stabilizacja zamiast bezmyślnego parcia naprzód! Musimy mieć odwagę zrezygnować z pewnych luksusów, cofnąć się do lepszych czasów ludzkości i przestać wyzyskiwać Ziemię, która nie może już sprostać ludzkiej chciwości! Musimy mieć odwagę krzyknąć Chwilo Trwaj zanim będzie za późno! (…)
I wtedy czas stanął w miejscu. Nie nagle, nie z dnia na dzień oczywiście, lecz powoli, wręcz niezauważenie. Razem z wolnością zaczęły odchodzić w niepamięć nowinki elektroniczne, smartfony, prywatne komputery i wielkie majątki. Wprowadzono podatek progresywny, który powyżej pewnego pułapu dochodowego osiągał 100%. Ten pułap i tak wydawał mu się absurdalnie wysoki. Nieosiągalny dla przeciętnego obywatela, a jednak działał i przynosił rządowi ogromne zyski. Zatrzymano gospodarkę. Zatrzymano ludzkość tuż przed murem, z którym miała się zderzyć. Cofnięto zmiany klimatyczne i wojny migracyjne, walki o zasoby i pandemię rozłamów społecznych. A wszystko to osiągnięto w bardzo prosty sposób – zabierając ludziom prawo do decydowania o sobie. Ziemia mogła ponownie odetchnąć pełną piersią.
Obwód Śródazjatycki pozostawał jedynym wolnym miejscem na ziemi. Ten wąski pas niepokojów, od Europy po Chiny, szczycił się swoją niepodległością. Czy to ze względu na Emiraty, budujące kolejne miasta bez ulic i samochodów, próbujące udowodnić, że technologia nie musi kłócić się z ekologią, czy ze względu na Rosję „stojącą na straży prawdziwego człowieczeństwa", trudno było powiedzieć. Ramię w ramię opierały się przed oddaniem swoich bogactw i przywilejów, i jeszcze praw nadanych im przez Boga. Na mocy traktatu podpisanego przed przedstawicieli Moskwy, Jerozolimy, Abu Zabi i Teheranu Obwód stał się miejscem, gdzie prawem najwyższym nie było już życie ludzkie. Była nim wolność.
Tym samym tutaj jeszcze korzystano z telefonów komórkowych, a on mógł siedzieć w kawiarni z laptopem podłączonym do sieci. Obwodowej sieci, oczywiście. Nowy Świat miał swoją, ale niedostępną powszechnie dla obywateli. Teraz dysponowano nią mądrze. I tę mądrość on miał Obwodowi objawiać.
Jeszcze kilka stron i kilka łyków stygnącej i coraz bardziej drażniącej kubki smakowe herbaty i będzie musiał odpocząć. Najlepiej upić się i odpocząć. Nie miał zamiaru zostawać w Aszchabadzie na długo – Algorytm pchał go na północ, nad jezioro Aralskie, albo na to, co po nim jeszcze zostało. Kiedyś było to czwarte pod względem powierzchni jezioro na świecie. Dziś jest co najwyżej toksyczną kałużą, a jego wysychanie, czy raczej wypompowywanie, zapisało się na kartach historii jako jedna z największych klęsk ekologicznych świata. Trudno było uwierzyć, że ludzie obserwujący jego upadek przez pokolenia, nadal pozostawali wierni Obwodowi. Bo co? Bo wolność? Wolność zabrała im życie, ojczyznę i bliskich. To musiał im przekazać, jadąc tam z przetłumaczonymi traktatami. To samo głosił gdziekolwiek się zatrzymał. Kamyczki, jeden po drugim, miały w końcu poprowadzić ostatnich upartych ludzi na Ziemi do zdrowego rozsądku i odstąpienia od katastrofalnego postępu.
Zapisał plik, ciesząc się, że w sumie może zrobić to jednym kliknięciem. Przyjdzie taki czas, że sam dotrze wreszcie do Nowego Świata. Wyrzuci baterie i ładowarki, zostawiając sobie jedynie kable od lodówki, kuchenki i telewizora. Nie będzie się przejmować degradacją świata i przyjdzie mu się cieszyć skromnym życiem i prostą pracą. Wtedy dumnie będzie mógł powiedzieć sobie, że jego dzieci, albo jakiekolwiek przyszłe dzieci, nawet jeśli swoich mieć nie będzie, przyjdą na świat na takiej Ziemi, jaką ich dziadkowie i babki chcieli zastać. Ale jeszcze nie teraz. Teraz sprawdził aplikacje pogodowe, potem doniesienia z Obwodu i Nowego Świata, upewnił się ile mu zostało jeszcze na koncie i przejrzał rozkład jazdy pociągów. Bo mógł. Bo na turkmeńskim zadupiu jeszcze świat spokojnie gnił.
Zapakował torbę, dopił paskudną herbatę i wstał od stołu.
Ledwo postawił krok na chodniku, a mocne szarpnięcie zmiotło go z nóg. Ktoś krzyknął coś niezrozumiałego, ktoś inny uderzył go czymś w skroń. Nie zdążył się nawet zorientować, co to było.
***
Mówili szybko i nieskładnie, ale przynajmniej po rosyjsku, więc mógł ich zrozumieć.
– Chińczyk?
– Nie Chińczyk! Buriat? Kałmuk? Sobaka!
– A gdzie tam! To nie swój! Może Kazach?
Kto go zatrzymał? Rosjanie? Ale żeby aż tutaj…
– Wynoście się – zagrzmiał nieprzyjemny, skrzeczący głos, uciszając mężczyzn. Posłusznie, bez zbędnych pytań, zatrzasnęły się za nimi drzwi, a do jego lichej celi podszedł niewysoki mężczyzna w długim płaszczu. A jednak rozglądanie się za prochowcami nie było takie głupie. – Przejrzeliśmy twój komputer i dyski. Te które zostawiłeś w hotelu również – zaczął rzeczowo, bez owijania w bawełnę.
Zaskoczyłoby go, gdyby usłyszał cokolwiek innego. Resztę przesłuchania mógł przewidzieć z równą łatwością: „Kto?", „Algorytm" „Skąd masz?" „Algorytm", „Od kogo?", „Algorytm." Potem go skatują, zadadzą te same pytania jeszcze kilka razy i pewnie zabiją. No trudno. Nie zobaczy w takim razie Nowego Świata. Ale przynajmniej będzie mówił prawdę.
Był trybikiem tak małym, że z trudem mógł dostrzec palec, który nim obracał. Ktokolwiek się z nim kontaktował i wciągnął go do współpracy, robił to za pośrednictwem deep webu. Wszystkim kierował Algorytm.
– … twoja mać! – warknął Rosjanin, widząc jego zrezygnowaną obojętność. – Już jesteś martwy! – dodał, podając mu plik papierów.
Zeznania, które już złożono w jego imieniu? Co miał zrobić? Podpisać?
Z zaskoczeniem spojrzał na dokumenty stwierdzające jego… zgon. Zmarł, stawiając opór przy zatrzymaniu, postrzelony kilka razy przez funkcjonariusza. Przypadkowy turysta, pomylony z poszukiwanym przestępcą.
– Napatrz się, napatrz – warknął wojskowy, po czym sięgnął po klucze, żeby otworzyć celę. – Wyjeżdżasz stąd jeszcze dziś. Nowe dokumenty na ciebie czekają. Wracasz do Teheranu i będziesz pracował już tylko pod nadzorem. Jak coś spieprzysz, odeślą cię do Nowego Świata na amen. Panimajesz?!
– Panimaju – odparł, nie będąc do końca pewnym, czy aby na pewno wszystko panimajet.
System Obwodowy zwariował ze swoją manią wolności? Czyżby uznali, że nawet przestępców nie wolno już trzymać w zamknięciu?
Spojrzał w zimne, szare oczy Rosjanina i dopiero wtedy zrozumiał. Poczuł się głupio, że tyle mu to zajęło. To swój.
– Proste zadanie miałeś. Dotrzeć tam gdzie trudno jest się dostać inaczej. Jesteśmy o krok – dodał Rosjanin, łagodniejąc i kładąc mu dłoń na ramieniu. – Niedługo padnie Dubaj. W Tel Avivie zdobywamy przewagę. Matuszką, gdy przyjdzie czas, zajmą się amerykańsko-chińskie oddziały. – Zawahał się i przełknął ślinę, jakby wypowiedzenie tego na głos dużo go kosztowało.
Oboje wiedzieli dobrze, jak się nią zajmą, jak również, że był to jedyny sposób aby przetrwała. Naprawdę przetrwała. Rany po drobnej operacji wojskowej w końcu się przecież zagoją, a ona będzie mogła cieszyć się nowym życiem w Nowym Świecie, prawda? Już niedługo?
– O krok – powtórzył. – Algorytm wycofuje wszystkich. Możesz się zacząć na dobre żegnać z Obwodem.
Żegnać? Ale… już?
– Idź – dodał wojskowy klepiąc go po ramieniu. – Idź napatrzyć się jeszcze na wolny rynek i ciekły kryształ. Niedługo doprowadzimy recesję i tutaj – powiedział, jakby z dumą.
Więc poszedł, z wyczyszczonym laptopem i nowym telefonem. Dali mu nowy – i tak, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, niedługo wszystkie zostaną zdelegalizowane.
Szedł i po raz pierwszy zaczęło do niego docierać, że faktycznie już żadnego rozkwitu nie będzie. Do tego potrzebny był przegniły owoc upadły z gałęzi i kiełkująca na jego resztkach pestka, z której mogłoby wyrosnąć drzewo, być może większe i potężniejsze od swojego przodka. Ale na to nie było już miejsca na drodze wyznaczanej przez Algorytm.
<p>Każdy chciałby dla swojego dziecka wszystkiego, co najlepsze. Czy jednak "najlepsze" ma jakieś granice, których nie powinno się przekraczać? </p>
Platforma drgnęła i ruszyli do przodu wąskim korytarzem. Światła przed nimi zaczęły zapalać się jedno po drugim i wreszcie mogli dostrzec duże okrągłe drzwi przypominające wejście do śluzy. Kiedy podjechali bliżej, rozsunęły się z sykiem, a matka aż westchnęła z wrażenia na widok tego, co ukazało się ich oczom. Ojciec nie wydał z siebie żadnego dźwięku, ale odruchowo złapał żonę za rękę i uścisnął mocno.
Na stalowej szynie, unoszącej się kilkanaście metrów nad ziemią, wjechali do głównej i w zasadzie jedynej hali najnowocześniejszej szkoły w kraju.
„Koniec z ciasnymi salami. Dosyć więziennych dzwonków i przeciążonych plecaków. Nigdy więcej zatłoczonych korytarzy i niechcianych spóźnień” – przypomniała sobie hasła z ulotki, którą przeglądali wcześniej w domu.
<p>Nieznana choroba zbiera tragiczne żniwo, a bliscy ofiar robią, co mogą, żeby znaleźć pomoc. Tylko co, jeśli tej pomocy nikt z pokrzywdzonych tak naprawdę nie chce?</p>
– Mam nadzieję, panie Brown, że zapoznał się pan ze wszystkimi dokumentami – oświadczył lekarz, kiedy zamknęły się za nimi drzwi gabinetu.
– Tak – skłamał mężczyzna.
– Zdaje pan sobie sprawę z tego, że metody, których używamy, są jeszcze na etapie badań i nie zostały oficjalnie uznane za procedury medyczne ani przez departament zdrowia, ani przez żadne organizacje zajmujące się ochroną zdrowia?
– Oczywiście.
– I rozumie pan, że wiąże się to również z tym, że w razie niepowodzenia nie będzie pan mógł mieć w stosunku do nas żadnych roszczeń ani ubiegać się o odszkodowanie, prawda? Zabieg oficjalnie nigdy nie będzie przeprowadzony.
<p>Polskie s-f z początku XX w. Połączenie postapokaliptycznego świata z wizją utopijnej enklawy otoczonej dobrodziejstwami najnowszej techniki. Dzicz kontra miasto. Człowiek przeciwko maszynie.</p>
„Miasto światłości” Mieczysława Smolarskiego z 1924 r. jest jedną z wcześniejszych polskich powieści science fiction – zdaje się też, że zupełnie zapomnianą. Koniec dziewiętnastego wieku na świecie, a potem okres międzywojenny w Polsce były momentem, w którym fantastyka naukowa pojawiała się coraz częściej, jednak „Miasto światłości” przykuwa szczególną uwagę z jednego względu – chodzi o oskarżenie jakie Mieczysław Smolarski wystosował przeciwko Aldousowi Huxleyowi, autorowi światowej klasyki jaką jest „Nowy Wspaniały Świat”. Polski autor oskarżał Huxleya o plagiat, a skoro mówimy o dziele takiego kalibru, warto przyjrzeć się sprawie znacznie bliżej.
Czyżbyśmy my Polacy faktycznie jakimś cudem przeoczyli tak wzniosłe dzieło spłodzone na naszym rodzimym podwórku? Czy Polska nie poznała się na powieści o takim rozmachu i bezwiednie zamiotła ją pod dywan? Jeśli bowiem oskarżenia Smolarskiego miały twarde podstawy, „Miasto Światłości” mogło okazać się prawdziwym skarbem. Sam Huxley nigdy nie odniósł się do tych zarzutów i sprawa na światowym forum istotnie została zamieciona pod dywan, nie doczekawszy się rozstrzygnięcia. Mam nadzieję, że w tym wpisie uda mi się wystarczająco dobrze nakreślić charakter „Miasta Światłości”, żeby każdy kto zna „Nowy Wspaniały Świat” umiał sam sobie odpowiedzieć na pytanie, czy faktycznie możemy doszukiwać się tu plagiatu.
Przede wszystkim jednak skupię się na tym, dla czego ta seria – Przyszłość jaka jest każdy widzi – powstała: sprawdzeniu, jak autorzy z dawnych czasów wyobrażali sobie przyszłość. Postaram się też – jak zwykle – ograniczyć możliwe spoilery do minimum, żeby osoby, które po książkę zdecydują się sięgnąć, nadal mogły czerpać przyjemność z samej fabuły.
Jak w takim razie przyszłość widział Smolarski?
Przede wszystkim widział ją w bardzo ponurych barwach. Już na początku książki dowiadujemy się, że przedstawiony świat to realia postapokaliptyczne. Przyszła wojna, na ludzkość opadły trujące gazy, wysoko rozwinięta cywilizacja przestała istnieć – do XXX wieku przetrwali tylko nieliczni, a ludzkość wróciła do epoki sprzed znaczących osiągnięć technologicznych. Legendy mówią jednak, że jest coś jeszcze. A kiedy legenda okazuje się prawdą, poznajemy zamkniętą enklawę – tytułowe Miasto Światłości, w którym uchowały się wszystkie dobrodziejstwa najwyższej techniki, czyli:
Miasto
Samo miasto jest miejscem rozległym, zadbanym i na pierwszy rzut oka bardzo przyjaznym swoim mieszkańcom. Z opisów dowiadujemy się o ozdobnych kolumnadach, dużych publicznych placach, bujnych ogrodach i ścieżynkach prowadzących do rozmaitych ośrodków miejskich.
Wiemy, że po ulicach nie jeżdżą już ani autobusy, ani tramwaje, a transport publiczny w mieście to przede wszystkim kolejka powietrzna jeżdżąca na linach rozpiętych nad miastem. Co poniektórzy posiadają samochody, ale nie jest wyjaśnione komu właściwie przysługują, ile ich jest i po jakich drogach się poruszają.
Wspomniane są ciekawe, acz nieudane i wyparte wynalazki, takie jak elektryczne chodniki, „po których przechodnie podążali na lśniących łyżwach, narażając się ciągle na zderzenia i wypadki”, lub bezprzewodowe telegrafy. Innym śladem przeszłości są lądowiska dla samolotów znajdujące się na dachach domów. W czasach, w których dzieje się akcja powieści, z samolotów już prawie nikt nie korzysta, więc stare lotniska przekształcano na jadłodajnie lub ogrody. Loty międzymiastowe i zagraniczne już nie mają racji bytu, bo też innych miast już nigdzie na świecie nie ma.
Prawie cała metropolia jest bogato oświetlona – stąd też jej nazwa – a jest to oświetlenie o tyle wyjątkowe, że ludzie przyszłości, którzy pragną się nim w pełni nacieszyć, uliczki i rozmaite miejsca dekorują lampami w różnych kolorach. Niektóre okolice mogły cieszyć się różowym blaskiem lamp, inne błękitnym lub ciepłym pomarańczowym. Najbardziej szczególnym i wykorzystywanym przy wyjątkowych okazjach oświetleniem były lampy… czarne. Są one opisywane jako coś, co nie tylko niezwykle skutecznie rozświetla mroki, ale też pozwala przenikać ziemię na kilkadziesiąt metrów w głąb. Jako inspirację dla tego pomysłu do głowy przychodzi mi stosunkowo nowy w czasach powstania powieści wynalazek, którym były promienie rentgenowskie, ale czy tak było naprawdę, nie wiem.
Ustrój i życie społeczne
Ludzie w wizji Smolarskiego żyją w społeczeństwie rządzonym przed Radę Magów. Skąd to dziwne określenie w świecie science fiction? Jeden z bohaterów tłumaczy to jako kolejną pozostałość z dawnych czasów, kiedy nowy ustrój się dopiero kształtował. W tym samym czasie szczyt rozwoju przeżywała umiejętność hipnozy, a ludzie, którzy osiągnęli w tej dziedzinie mistrzostwo i potrafili jednym spojrzeniem zapanować nad umysłami innych, nazywano właśnie magami. W prawdzie w czasach opisywanego w powieści Miasta Światłości umiejętności te zostały już zapomniane, ale Rada Magów zachowała swoją nazwę. Ostatecznie była to jednak bardzo zwykła rada ministrów i innych polityków z Wielkim Magiem Izem na czele.
Cały parlament jest w zasadzie tworem niezmiennym od lat, bo też ani miasto, ani jego mieszkańcy od dawna się nie rozwijają. Jedynym problemem z jakim przychodzi się im w powieści zmierzyć są buntownicy pragnący wydostać się z zamkniętej enklawy metropolii.
Ich motywacją ma być niechęć do wspomnianej stagnacji i pragnienie rozwoju, którego nie są już w stanie osiągnąć w obecnej sytuacji. Jest to w prawdzie trochę sprzeczne z innymi elementami książki, pojawia się bowiem informacja o tym, że w mieście działają dziesiątki szkół (czego się w takim razie tam uczą?), jak również poruszany jest problem tego, że już w zasadzie nikt niczego nie umie, bo ludzie wyręczani są przez maszyny. Po co są w takim razie te szkoły i czemu mieszkańcy nie sięgają po wiedzę techniczną i specjalistyczną, szczególnie w obliczu kryzysu, w którym sprzęt, po latach nieustającej pracy, zaczyna się psuć? Czy w takiej sytuacji owa stagnacja i rozleniwienie ludzi jest winą systemu czy problemem osobistym?
Wiara i przekonania
Społeczeństwo Miasta Światłości przedstawia siebie samo jako takie, które wyzbyło się wszelkich wzruszeń, ale czasem gubię się w tym, co to w zasadzie oznacza. Z jednej strony powtarzane jest, że ludzie pozbyli się ze swojego życia tego, co ich unieszczęśliwiało – wiążą się z tym również pragnienia, miłość i poświęcenie. Uciechy są niezobowiązujące, ludzie cieszą się życiem i sobą nawzajem jedynie dla przyjemności, nie dla zobowiązań. Mają prawo nic nie robić i w tym nic nierobieniu odnajdywać radość z życia.
Z drugiej strony niespecjalnie widać to w ich zachowaniu, dialogach oraz reakcjach bohaterów na rozmaite sytuacje. Naprawdę trudno w nich ten brak wzruszeń dostrzec. Ich zachowania zdają się w większości sytuacji na tyle bliskie normalnym ludzkim reakcjom, że trudno mi jako czytelnikowi uwierzyć w tę zmianę mentalności, o której jest mowa. Złoszczą się, denerwują, angażują, boją, rozmawiają i reagują na kolejne wydarzenia tak, jak mogliby to robić normalni ludzie.
Ponadto wśród mieszkańców można łatwo dostrzec owo pragnienie wzruszeń chociażby w informacji o pojawiających się towarzystwach okultystycznych, powszechnych szkołach filozoficznych, wierze chrześcijańskiej, która uchowała się w zakątkach miasta czy wręcz w szeroko rozpowszechnionym kulcie bogini Astarte. Autor nie wyjaśnia niestety, co się z owym kultem wiąże, lecz można się domyślić, że chodzi raczej o pewne idee, niż o faktyczny kult dawnej bogini. Rytuały wiary są formą afirmacji cielesności i rozkoszy, przedstawieniami mającymi dostarczyć wrażeń (a jednak!) i sposobem na nudę. A wspomnianą nudę czasem zabija się na scenach świątyni przesadnie krwawo, czego w sumie można spodziewać się po społeczeństwie znudzonym życiem i gotowym stłumić potem wszelkie nieprzyjemne uczucia jednym łykiem eliksiru uspokajającego.
Wspomniana wiara co i rusz wydaje się im jednak potrzebna i to w kwestiach wykraczających proste dążenie do rozkoszy, tym samym wracamy do punktu wyjścia, czyli kto, jak i czego w zasadzie się wyzbył? I czy owo wyzbycie się jest tak szczere, jak się wydaje w obliczu rosnącej potęgi buntowników odmawiających korzystania z tych cudownych eliksirów, a co za tym idzie, odmawiających przestrzegania ustalonych norm społecznych?
Zdrowie i codzienność
Mieszkańcy Miasta Światłości się nie starzeją i nie chorują (chociaż i w tym zakresie pojawiają się w powieści sprzeczne informacje). Co ważne, od dwudziestu lat nie rodzą się w nim również żadne dzieci, ale nie dowiadujemy się, dlaczego tak się dzieje, skoro wszyscy są nieustannie doskonale zdrowi i doskonale młodzi.
Wiemy, że medycyna osiągnęła poziom, w którym lekarz może nawet przywrócić życie pacjentowi niedawno zmarłemu. Ba, może on wstrzymać wszelkie funkcje życiowe organizmu na czas przeprowadzenia niezbędnej operacji, aby potem te funkcje na nowo wprawić w ruch, kiedy ciało będzie już zaleczone.
Ludzkość zdaje się też nie spożywać tradycyjnych posiłków i polega przede wszystkim na „pożywieniu ze związków chemicznych, wystarczających do życia”. Czy wspomniane wcześniej jadłodajnie były w takim razie jedynie punktami wydawania substancji chemicznych? I Jak ma się do tego pojawiająca się informacja o tym, że codziennie w mieście zabija się wiele zwierząt, skoro nie miałyby być zabijane na pokarm?
Ludzie nie mają obowiązku pracy, bo wszystko robią za nich maszyny, a ubrania i rzeczy potrzebne do codziennego życia dostają za darmo od zarządu opieki społecznej.
Spędzają dni na zabawie i rozrywkach, ale mamy jedynie lichy wgląd w to, jak dokładnie miałyby te atrakcje wyglądać i dlaczego nie znajdują ujścia dla dręczącej ich nudy. Mieszkańcy spotykają się wieczorami na balach i przyjęciach, grają na instrumentach (wspomniane jest rektopiano pochodzące z „dawnych czasów”), lub raczą się narkotykami i chodzą na występy. Atrakcje te wyglądają jednak inaczej, niż moglibyśmy sobie wyobrażać. Podczas jednego ze slamów poetyckich dowiadujemy się na przykład, że sama treść słów nie jest już ciekawa i twórcy skupiają się na wszelkich innych doznaniach słuchowych. Wygłaszają utwory za pomocą modyfikacji tonów i wydawania z siebie nietypowych dźwięków, imitując rozmaite wydarzenia i sytuacje.
Jednak jak miałby wyglądać ich dzień od poranka do nocy, jak wyglądają domy ludzi, którzy wszystko mają i czemu pozwalają sobie na marazm, tego autor nam już nie zdradza
Więcej w tej kwestii dowiadujemy się z powieści „Kłopoty pana Hamiltona” wydanej w 1928 roku, w której poznajemy świat sprzed nastania niszczycielskiej wojny. Jeśli byśmy założyli, że Miasto Światłości wyglądało tak jak inne opisywane w książce nowoczesne miasta (w „Kłopotach pana Hamiltona” opisywana jest akurat Warszawa), moglibyśmy przyjąć, że wszyscy mieszkają w gigantycznych, pięćdziesięciopiętrowych domach-miastach, samowystarczalnych i połączonych ze sobą siecią wspomnianych kolei powietrznych. Każdy z takich domów ma wspólną jadłodajnię, więc nikt nie potrzebuje prywatnych kuchni; są piętra przeznaczone na kawiarnie i miejsca rozrywek; dachy zmieniono na ogrody lub różnego rodzaju kluby.
Opis ten niestety zdaje się niejednokrotnie stać w sprzeczności z opisem Miasta Światłości, więc albo zaszły znaczne zmiany w ciągu pięciuset lat między akcją obydwu powieści (tak się czasem zdarza), albo było to miasto istotnie inne niż wszystkie pozostałe, albo też zadziało się coś jeszcze, o czym nie wiemy. Mimo to jedyną wzmianką, która mówi nam o tym, że Miasto Światłości faktycznie mogło być wyjątkowe na skalę światową, jest informacja ze wspomnianej powieści o panu Hamiltonie, gdzie jest mowa o metropolii jako o nowo powstałym i wyjątkowo nowoczesnym miejscu. Nie wiemy jednak, co dokładnie ma się za tą informacją kryć, ani dlaczego nie zostało to podkreślone właśnie w „Mieście Światłości”.
Pojazdy i technika
Cała wspaniałość miasta opiera się na niezwykłych maszynach, które od dziesiątek lat zastępują ludzi we wszelkiej fizycznej pracy. Jak dokładnie miałoby to wyglądać, tego się nie dowiadujemy. Uchyla się czytelnikowi jedynie rąbka tajemnicy takimi informacjami jak ta, że maszyny przechowywane są w specjalnych halach, do których w zasadzie nikt nie ma wstępu. Od dnia uruchomienia maszyn nikt do nich nie zaglądał i pozostaje mieszkańcom jedynie odbierać efekty ich pracy. Można się domyśleć, że tyczy się to wszystkiego od pozyskiwania energii (i jej źródeł), poprzez działanie kanalizacji, produkcję chemicznej żywności, produkcję ubrań (i pozyskiwania na nie materiałów) oraz wszystkiego, co człowiekowi do życia potrzebne. Jest to bardzo niespójna i dziurawa wizja, która niestety nie potrafi się obronić nawet przed najprostszymi pytaniami. Myślę, że być może dałoby się nawet przymknąć na to oko, gdyby nie fakt, że to wszystko jest osią fabuły i głównym czynnikiem występującego w niej konfliktu. Osobiście trudno mi było w związku z tym zawiesić niewiarę i aż korciło, żeby dowiedzieć się więcej o tym, jak miałoby to wszystko działać.
W powieści pojawiają się takie wynalazki jak wspomniane już samoloty (obecnie służące jedynie do niedalekich wycieczek), sterowce, samochody czy telefony, a nawet wideofony (choć nazwa ta się nie pojawia). Reszta nowinek technologicznych pozostaje zamknięta za drzwiami hal maszynowych i sami mieszkańcy miasta nie wiedzą, jak to wszystko działa.
Trudno się jednak dziwić bohaterom w tej kwestii, skoro wiedza o osiągnięciach, z których obecnie korzystają, dawno przepadła. Ludzkość się przecież rozleniwiła, a pamięć o tym, jak działają urządzenia, które nie potrzebowały naprawy ani konserwacji od co najmniej kilkudziesięciu lat kompletnie zanikła. To znaczy, przepadła w umysłach i wiedzy ogólnej społeczeństwa, bo instrukcje do wszystkiego… leżą na wierzchu przez cały czas. Po prostu nikt nie ma ochoty ani kompetencji, żeby z nich skorzystać.
Wspominane są też niuanse tego, jak miasto przetrwało odległą wojnę, która to doprowadziła do upadku cywilizacji. Nad miastem rozciągnięto siatki, dzięki którym wyłapano pociski mające spaść na budynki, a całą metropolię otoczono obiegiem elektrycznym uniemożliwiającym zarówno przedostanie się do środka jak i wydostanie się na zewnątrz. Aby zniwelować działanie trujących gazów stworzono natomiast sztuczną atmosferę. Nie jest jednak wyjaśnione, czemu inne miejsca na świecie takich środków zachowawczych nie przedsięwzięły i czemu tylko to jedno polis poradziło sobie z zastałym kryzysem. Nie pojawia się bowiem informacja, żeby Miasto Światłości w jakikolwiek sposób przodowało przed wojną pod względem swoich osiągnięć. ( Poza wspomnianą wcześniej sugestią dotycząca wyjątkowości miasta, która pojawia się dopiero w „Kłopotach pana Hamiltona”). Dowiadujemy się tylko, że tu i ówdzie był jakiś jeden wybitny naukowiec, który własnoręcznie stworzył ten lub inny wynalazek, z którego teraz mogą korzystać rozleniwione masy.
W dalszej części powieści pojawia się także ciekawa wizja pozyskiwania energii ze światła – wizja zapoczątkowana najpewniej już przez obserwacje Kepplera, lecz nadal bardzo nowatorska jak na pierwszą połowę dwudziestego wieku. Ta jedna rzecz – rakieta kosmiczna napędzana żaglem słonecznym (w powieści pojawia się dosłowne porównanie mechanizmu do żagla) – zdaje się być jednym z najbardziej wizjonerskich pomysłów Smolarskiego. Trzeba jednak dla kontrastu zauważyć, że naukowcy Miasta Światłości przeczą istnieniu próżni w przestrzeni kosmicznej, a planeta Wenus (w powieści nazywana Wenerą) ma posiadać warunki do życia znacznie lepsze niż te na Ziemi.
Podsumowanie
Mieszkańcy metropolii stworzonej przez Smolarskiego przekonani są o doskonałości systemu, w którym żyją, ale jako czytelnicy możemy łatwo zrozumieć, że jest to lichy pozór, a owa doskonałość – nawet jeśli była kiedyś w zasięgu ludzkości – dawno przeminęła. Miasto Światłości i podobne jemu nowoczesne aglomeracje miały być efektem dziejów w których ludzkość spoczęła na laurach i dostała życie tak wygodne, że wszelka praca była już niepotrzebna. Rozwój technologiczny doszedł do pewnego, bardzo wygodnego momentu, po czym ustał całkowicie, a brak dalszego postępu miał przyczynić się do zguby ludzkości.
Książka jest formą przestrogi przed bezrozumnym poleganiem na technice i wyzbyciem się wszelkiej ambicji. Czytelnik musi jednak w dużej mierze uwierzyć w ów opisywany przez autora marazm ludzkości i stagnację postępu, bo przedstawiani w niej bohaterowie nie robią wrażenia postaci, które by się na to szczerze godziły. Świat Smolarskiego – udany czy nie – wydaje się przesadnie wychwalany przez jego mieszkańców i tym samym mało wiarygodny.
Z drugiej strony może tak właśnie wygląda rzeczywistość z perspektywy tych, którzy wszystko mają i nic nie muszą? Można pozwolić sobie na założenie klapek na oczy, zignorowanie tego, że ktoś ma inny pomysł na ludzkość, oraz uparte trwanie przy tym, co wygodne, mięciutkie i beztroskie. Tylko czy naprawdę łatwo jest powiedzieć sobie „po nas choćby potop”, kiedy „my” możemy trwać wiecznie, a kolejnych pokoleń może nigdy nie być?
<p>Epoka wiktoriańska zmierzchała, a świat wkraczał powoli w nowe millenium. Nie tylko Wells zastanawiał się, co czeka ludzkość, ale właśnie on zdecydował się sięgnąć oczami wyobraźni nie tylko do zbliżającego się XX wieku, ale aż do roku 2100. Co mu z tego wyszło?</p>
Powieści science fiction nie są dla nas już żadną nowością, a półki w księgarniach i bibliotekach uginają się od pozycji z tego gatunku. Wiele z tych dzieł powstało przed dziesiątkami, jeśli nie setkami lat, tym samym opisywana w nich przyszłość często jest już naszą teraźniejszością, a my z pobłażaniem lub podziwem możemy przyjrzeć się temu, jak niegdyś wyobrażano sobie XXI wiek.
„Gdy śpiący się budzi” autorstwa H. G. Wellsa to opowieść o znudzonym życiem Grahamie, który niespodziewanie zapada w tajemniczy letarg. Nie starzeje się w swoim dziwnym stanie, ale też ani on sam nie umie się z niego uwolnić, ani nie radzą sobie z tym żadne znane ludzkości procedury medyczne. W ten sposób przesypia ponad dwieście lat, a gdy się budzi… O, panie! Gdy się budzi, okazuje się, że Graham jest oficjalnie władcą prawie całego globu i najbogatszym człowiekiem na Ziemi (Einstein miał rację, że procent składany to ósmy cud świata!).
Nie będę oceniać, czy jest to książka dobra czy zła. To zawsze możecie sprawdzić sami. W tym tekście skupię się jedynie na analizie tego, jaką wizję przyszłości przedstawił Wells. W związku z tym oczywiście zdradzę niewielką część fabuły, ale postaram się to zrobić tak, żeby nie psuć zabawy tym, którzy sami zechcą sięgnąć po lekturę.
Książka ukazała się drukiem u samego schyłku XIX wieku w roku 1899. Epoka wiktoriańska zmierzchała, a świat wkraczał powoli w nowe millenium. Nie tylko Wells zastanawiał się, co czeka ludzkość, ale właśnie on zdecydował się sięgnąć oczami wyobraźni nie tylko do zbliżającego się XX wieku, ale aż do roku 2100. Daleko, co? Co mu z tego wyszło?
Fabuła książki to przede wszystkim intryga polityczna, której osią jest walka o głównego bohatera i władzę, którą dzierży jako obecny pan świata. Wizja tego, że olbrzymie pieniądze pozwoliły komukolwiek wykupić na własność większość państw i kontynentów wydaje się nieco absurdalna, ale od czego jest fantastyka? Wystarczyło trochę grosza i krok po kroku cały świat przeszedł na własność śpiącego Grahama, a raczej panującej w jego imieniu Rady.
Miasto Przyszłości
W powieści Wellsa ludzie całkowicie zrezygnowali z życia na wsiach. Na całym świecie nie ma już małych miasteczek, wiosek ani terenów podmiejskich. Wszyscy jak jeden mąż przenieśli się do wielkich metropolii. Dlaczego? No proste! Wielkie metropolie miały fonografy, kinematografy oraz wszystkie inne -grafy, a do tego fantastyczne maszyny, które z jakiegoś powodu w kreowanym przez Wellsa świecie nie mogły dotrzeć na tereny wiejskie. Po co więc ktokolwiek miałby chcieć mieszkać na wsi? Jej rozwój w powieści był jednoznacznie niemożliwy. Wsie zniknęły z powierzchni Ziemi i teraz „cały świat był cywilizowany”. Trochę to smutne i w sumie nie dowiadujemy się też, jak w takim razie miało wyglądać chociażby rolnictwo przyszłości. Kto żywi wielomilionowe tłumy żyjące w metropoliach? Trudno powiedzieć, bo też o tym, co oni właściwie jedzą, wiemy bardzo niewiele.
Wiemy natomiast, że znaczną część terenów zielonych wokół miasta zamieniono na… elektrownie wiatrowe! To właśnie z nich czerpie się prąd dla wszystkich miast przyszłości, a wiatraki i różnego rodzaju wentylatory (ruch obrotowy ewidentnie Wellsa fascynował) są w książce do bólu wszechobecne i doczekały się wręcz własnego ministerstwa.
Lecz, mimo wszechobecności elektroniki, brakuje na przykład urządzeń osobistych. Poza domowymi fonokinematografami (przypominającymi telewizory) raczej nie znajdziemy niczego do użytku prywatnego.
Miasta są za to miejscami ponad miarę bezpiecznymi. Świecące „globy” i „gwiazdy” (czemu po prostu nie lampy?) znajdujemy na każdym kroku, a ludzie nie znają prawdziwych ciemności. Coś w tym jest. Za to wszystkie ulice i domy są ogrzewane i wolne od niedogodności atmosferycznych.
Z jakiegoś powodu jednak nie ostała się żadna architektura minionych wieków. Główny bohater nie rozpoznaje Londynu, gdy widzi miasto po obudzeniu się ze swojego snu. Żegnaj Big Benie, żegnaj pałacu Westminsterski, żegnaj Tower Bridge i miejskie kamienice. Nie ma dla was miejsca w przyszłości. Wszystko jest zbudowane ze szkła, oblekane bielą, smukłe, obłe, arkadowe, przestronne i jasne. Pojawia się też tajemnicza „sztuczna substancja podobna do giętkiego szkła”. Czyżby plastik? Nie wiemy natomiast, co z przyrodą i zwierzętami. Choć nie jest to jasno w powieści powiedziane, można się domyślić, że nie tylko dla koni i psów nie ma miejsca w metropoliach, ale także dla parków, drzew i trawników. Tylko raz pojawia się wzmianka o stadach owiec pasących się poza miastem, ale jak wygląda ich hodowla, skoro wszyscy mieszkańcy żyją w obrębie metropolii? Do głowy przychodzi mi jedynie klasyczne delegowanie opiekunów stad na pola na czas wypasania.
Co ciekawe, ludzie przyszłości u Wellsa, mimo iż posiadają swoje mieszkania, całe dnie spędzają na ulicach miast. Własne lokum służy głównie do wyspania się i wypoczęcia, ale prawdziwe życie toczy się na ulicach i w wielkich halach. Tym samym wraz z głównym bohaterem odwiedzamy między innymi halę żywieniową, ogłoszeniową, wychowawczą, targową, rozrywkową… I choć może się to wydawać dziwaczne, muszę zauważyć, że podobny konstrukt już w historii ludzkości się pojawiał. Chodzi o wielkie miasta Imperium Rzymskiego. Wiemy, że nawet bogate wille romańskie były miejscami służącymi głównie do spania i odpoczynku, a codzienne życie toczyło się… na ulicach. Kolejnym podobieństwem do Imperium Rzymskiego i świata przyszłości Wellsa jest ubiór, czyli luźne togi dla każdego!
Ustrój i życie codzienne
Podział klasowy na lud robotniczy i elity okazuje się być dla Wellsa konstruktem ponadczasowym. Szybko dowiadujemy się, że pozornie utopijny świat jest rządzony przez tyranię arystokratyczną. Piękne miasto, na swojej powierzchni tętniące wesołym życiem, skrywa podziemne kondygnacje zamieszkiwane przez ubogich. Limitowany dostęp do światła dziennego, podłe jedzenie, dramatycznie niska jakość życia… Najuboższym klasom pozostaje oddać się pod opiekę towarzystw robotniczych. To one karmią i ubierają biednych, ale ubierają nie byle jak, a w szaty z niebieskiego płótna żaglowego (przyszłość pod sztandarem jeansu!). Niebieskie togi są w prawdzie wytrzymałe, ale dobitnie stygmatyzują najuboższą warstwę społeczną, która nie ma jak ukryć swojego niskiego stanu.
O tym, co robią ludzie przyszłości na co dzień, wiemy niestety niewiele. Dowiadujemy się na przykład, że książek drukowanych już nie ma, bo były „nietrwałe i brudne”. Zostały one zastąpione przez cylindry, które są tajemniczymi nośnikami nie tylko dzieł pisanych ale też filmów i nagrań audio. Alfabet łaciński został zastąpiony przez pismo fonograficzne, a fakt ten sprawia, że początkowo główny bohater jest w świecie przyszłości analfabetą. Graham na szczęście szybko się go uczy.
Czego w natomiast świecie przyszłości nie ma to… malarstwo. Śmieszne obrazki olejne, które dawniej ludzie oprawiali w ramy i wieszali na ścianach już dawno wyszły z mody, bo „ludzie się nimi znużyli”. Nie jest to powiedziane wprost, ale łatwo się domyślić, że musiało to spotkać również i wiele innych dziedzin sztuki. Czyżby w świecie ze szkła, pokrytym bielą, obłym, przestronnym i jasnym nie było miejsca na takie „głupoty”? Może chociaż pastuszkowie na polach coś malują dla zabicia nudy, skoro nie sposób zabrać tam ze sobą fonokinematografy?
Do pewnego paradoksu dochodzimy, kiedy spróbujemy przeanalizować kwestię pracy fizycznej. Z jednej strony wiemy, że klasa robotnicza (a już szczególnie jej najbiedniejsza część), pracuje bardzo dużo, z drugiej strony dowiadujemy się, że ta praca jest już w ogromnej mierze zautomatyzowana i polega głównie na obsłudze maszyn. Jest w tym pewna sprzeczność; jakby Wells czuł, że postęp mechanizacji pracy nastąpi z ogromną mocą, ale nie umiał sobie wyobrazić, co w takim razie będą robili uciśnieni robotnicy, bez których ewidentnie świat nie może istnieć. Mimo to autor nie chciał przyznać otwarcie, że nawet w takim świecie może istnieć ogrom pracy fizycznej, z którą maszyny mogą sobie nie radzić.
Wiemy też, że zmienił się system pieniężny i ludzie na dobre pozbyli się monet, na rzecz czeków.
Zdrowie
Jak się w tych miastach żyło? Przede wszystkim zdrowo! Główny bohater trafia nawet na swojej drodze na siedemdziesięcioletniego staruszka, który nie jest ani głuchy, ani ślepy! (Ciekawe, co by powiedział Wells na wieść o tym, że do 2040 roku Duńczycy planują wydłużyć wiek emerytalny właśnie do 70 roku życia. Miejmy nadzieję, że Skandynawowie, których te zmiany obejmą, również nie będą jeszcze ani ślepi, ani głusi!). Odkładając żarty na bok, w wizji Wellsa choroby wirusowe nie istnieją tak samo jak ludzie łysi (sic!). Nikt nie pali również tytoniu, a co!
Powszechną metodą leczenia jest natomiast… hipnoza. Mesmeryści i hipnotyzerzy są na porządku dziennym i to oni są pierwszą linią obrony przed wszelkim złem czyhającym na organizmy ludzkie. Lecz mimo iż długie, szczęśliwe życie wydaje się być na wyciągnięcie ręki, to ludzie starzy nadal nie mają łatwo. Z lakonicznego opisu Wellsa wynika, że ci, którzy czują, że ich czas się zbliża, powszechnie poddają się eutanazji.
Pojazdy
W roku 2100 prawie nie ma już pojazdów naziemnych. Kolej jest przeżytkiem i istnieje w formie szczątkowej. O samochodach ani o tym, co zastąpiło bryczki i powozy, wiemy niewiele. Ludzie poruszają się po mieście na piechotę. (Kolejny aspekt zdrowotny). Tym, co ewidentnie intrygowało Wellsa, były natomiast maszyny latające. W jego wizji to właśnie one pozwoliły Radzie zawładnąć światem. Monopol na poruszanie się w przestworzach dał rządzącym potęgę, której nie sposób było się oprzeć. Tym samym jakiekolwiek podróże do innych miast i w rozmaite rejony świata możliwe są jedynie za pomocą tychże machin latających.
Dzielą się one na dwie kategorie: wielkie, parowe aeroplany oraz jedno lub dwuosobowe aerostaty. Te pierwsze to gondole z ogromnymi skrzydłami. W otwartym wnętrzu siadają pasażerowie, a pojazdem kieruje jeden wyspecjalizowany aeronauta. Aeroplany są bardzo podatne na warunki pogodowe, więc można nimi podróżować jedynie przy dobrych warunkach atmosferycznych. Te na szczęście da się przewidywać z ogromną dokładnością i do pewnego stopnia kontrolować. Jak? Tego się niestety nie dowiadujemy. Machiny startują z wysokich pomostów i tylko na nich mogą lądować. Podróż z Londynu do Paryża trwa w takim pojeździe 45 minut (nieźle!), a z Londynu do Nowego Yorku dwie godziny (jeszcze nieźlej!).
Mniejsze machiny – aerostaty – są powszechniejsze, ale niezwykle drogie i dostępne tylko dla bogatych. Istnieje również możliwość podłączenia do ich podwozia kół lub motoru, aby poruszać się nimi po stałym lądzie.
Co ważne, aeronautyka jest dziedziną zastrzeżoną dla władzy. Wiedza o budowie i obsłudze maszyn latających nie jest powszechnie dostępna. To w końcu dzięki niej udało się podbić cały świat i Rada nie ma zamiaru dzielić się tą zdobyczą nauki.
Jako ciekawostka pojawia się też informacja o tym, że transport dóbr materialnych jest również niezwykle prosty za pomocą poczty pneumatycznej. Funkcjonuje ona zarówno węwnąrzmiastowo jak i międzymiastowo i międzykontynentalnie. Rzecz zamówioną z Ameryki do Europy można dostać za pomocą takiej poczty ledwie w chwilę. (Czemu więc jest problem z doprowadzeniem jej na przedmieścia?)
Edukacja i macierzyństwo
Przykro mi, ale macierzyństwo w świecie przyszłości nie jest w modzie. Jedynie najniższe partie społeczne doszukują się w nim jeszcze czegokolwiek chlubnego.Kobieta z wyższych sfer mogłaby zdecydować się w życiu na jedno i tylko jedno dziecko. Ot, aby dać światu „dowód życia”. Wiemy tym samym, że światowa populacja maleje, ale czy jest to problem, kiedy sam Londyn ma 33 mln mieszkańców?
Matki w powieści Wellsa nie wychowują swoich dzieci. Niemowlęta żyją w wielkich halach, w których pieczę nad nimi sprawują wyspecjalizowane ku temu humanoidalne roboty.To one karmią dzieci, tulą, przewijają… Bohaterowie książki przekonują Grahama, że takie rozwiązanie praktycznie pozwoliło zlikwidować umieralność wśród małych dzieci (co w czasach powstania książki było nadal ogromnym problemem). Główny bohater jest też przekonywany, że przecież ludziom młodym – świeżym rodzicom – tylko zabawa i tańce w głowie i wręcz nieodpowiedzialnym jest powierzanie im opieki nad dziećmi. To właśnie zabawą młodzi zajmują się na co dzień, sporadycznie odwiedzając swoje pociechy.A pociechy te, żeby dobrze się zachowywały i nie figlowały ponad miarę, regularnie poddaje się zabiegom hipnotycznymmającym za zadanie naprostowywać je na zachowania społecznie akceptowalne.
Co się tyczy edukacji, niestety nie przysługuje ona najuboższym. Biedota nie może liczyć na szkołę. Ale czy to aż tak źle, kiedy „wszystkie kobiety nowoczesne (niezależnie od statusu społecznego) są niewykształcone”? Być przesadnie wykształconym zdaje się wręcz nieprzyzwoite.
Edukacja w szkołach prowadzona jest nie przez nauczycieli, a przez zastępujące ich fonografy nadające materiał lekcyjny. Dowiadujemy się również, że rządowi zależy, aby szkoła była miejscem przyjaznym i lekkim, a program nauczania był, cóż… bardzo skromny, żeby dzieci uczyły się niewiele. Ot tyle, żeby ludzie nie byli za mądrzy i nie chcieli się buntować. Edukacja trwa ledwie do czternastego roku życia, a przez kolejne dwa lata nastolatkowie obowiązkowo odpracowują tę edukację.
Dochodzimy w tym punkcie do elementu, którego w moim odczuciu Wells wyjątkowo nie przemyślał. W powieści pojawia się bowiem informacja o tym, że uczono się również za pomocą hipnozy i była to metoda błyskawiczna i pozwalająca posiąść bardzo szybko ogromną wiedzę. A skoro tak, to skąd w ogóle jakiekolwiek ograniczenia w nauce i czemu szkoła nadal trwa kilka lat, zamiast kilku dni? Jak miałoby się to przekładać na specjalizacje? Czy można zostać lekarzem w tydzień, a jeśli tak, czemu każdy nie korzysta z takiej możliwości? I czemu nie wykorzystuje się takiej hipnozy w systemie resocjalizacyjnym, tylko zsyła ludzi do ciężkich więzień ukrytych pod miastem? Czemu nie korzysta się z przymusowej hipnozy, aby kontrolować rosnące wśród ludu niezadowolenie? Na te pytania nie dostajemy żadnej odpowiedzi.
Kwestia kobieca
W tej sprawie dochodzimy do ciekawych spostrzeżeń, które pokazują, że pewne aspekty zmian społecznych były naprawdę trudne do przewidzenia. Kobieta przyszłości według Wellsa nadal w zaskakująco niewielkim stopniu mogła o sobie decydować i mieć jakiekolwiek większe ambicje. Podział na to co przystaje mężczyznom i kobietom jest bardzo wyraźny i nadal nie ma dla kobiet miejsc ani w polityce, ani na jakichkolwiek „poważnych” stanowiskach, zarówno w pracy, jak i na co dzień.
Widać to chociażby w jednym z dialogów, kiedy to Graham zauważa, że do pomocy w misji, którą musi wykonać, potrzebna mu będzie pomoc niedawno poznanej niewiasty:
„– Pani musi mi pomóc!
– Ja? Kobieta?”
W powieści pada w prawdzie zapewnienie, że „obecnie” istnieje niezliczona ilość zajęć dla kobiet i wiele pań jest teraz niezależnych, a robotnica jest równie powszechna jak robotnik. Jednocześnie pojawia się idące za tym zbulwersowanie głównego bohatera, że kobieta powinna być matką, nie robotnicą i opiekować się domem i dziećmi, a system przyszłości jest bezduszny i niewłaściwy.
Kwestia rasowa
Oh, boy, jak ta książka się źle zestarzała pod tym względem.
Od czego tu zacząć? Może od tego, że Londyn zdaje się być miejscem bardzo skąpym rasowo. Ciekawostką jest niepokój Grahama o to, jak potoczyły się losy obserwowanego w XIX wieku ryzyka „zalewu rasy żółtej”. Na to pada jednak pocieszająca odpowiedź, że rasa żółta okazała się ludźmi bardziej cywilizowanymi, niż można się było spodziewać i udało jej się sprawnie zasymilować z Europejczykami. Nie udało się to natomiast czarnoskórym mieszkańcom globu. No cóż, Wells nie pozostawia w książce na Afrykanach suchej nitki.
Służą oni przede wszystkim utrzymaniu porządku społecznego, a ich rola w cywilizowanym świecie to tworzenie formacji brutalnej policji. Jest to broń ostateczna Rady, która potrzebuje takiej siły do trzymania ludu w ryzach. W książce pada szereg krzywdzących komentarzy pod adresem nieszczęsnych stróżów prawa, przyrównujących ich do „półdzikich stworzeń” czy „potulnych bydląt wolnych od wszelkiej idei”.
Główny bohater na wieść o możliwości sprowadzenia do Londynu afrykańskich oddziałów w celu uspokojenia zamieszek, otwarcie mówi, że „nie chce żadnych murzynów w Londynie, bo może i jest przesądny, ale ma szczególne pojęcie o Europejczykach i rasach niewolniczych”. Zapewnia też, że ”biali ludzie podlegają rządom białych, a murzyni są tylko narzędziem w służbie porządku”.
Jednym słowem Wells nie widział w swojej wizji przyszłości miejsca dla czarnoskórych. Zastanawia w takim razie, jak miasta przyszłości wyglądały w Afryce. Wiemy bowiem, że również ten kontynent była pod rządami Rady i tam także, jak w Europie, ludzie żyli już tylko w miastach. Tym samym, tak jak Europejczycy, musieli przecież prowadzić bardzo podobny do nich tryb życia.
Miasta rozkoszy
W świecie przyszłości – skupionym w potężnych metropoliach – miały pojawić się takie twory urbanistyczne jak Miasta Rozkoszy. To: „dziwne miejscowości, przypominające legendarną Sybaris, miejsca sztuki i piękna, bezpłodne, cudowne miasta pełne ruchu i muzyki, w których zjawiało się wszystko, co skorzystało z ostrej haniebnej ekonomicznej walki”. Są to miejscowości służące jedynie oddawaniu się najróżniejszym przyjemnościom, a wybieranie się do nich – tak powszechne dla klasy wyższej – jest postrzegane jako marzenie przeciętnego ludu.
Wiemy na przykład, że ludzie starzy, będący na skraju życia, za pozostałe im oszczędności wykupują w ośrodkach zajmujących się eutanazją wycieczki do Miast Rozkoszy. Tam spełniają po raz ostatni swoje najdziksze pragnienia i żądze, aby po powrocie spokojnie poddać się zabiegowi opuszczenia tego świata.
Podsumowanie
Wells opisał świat kompletnie odmieniony, pozbawiony samochodów, chorób i wojen, a jednak – jeśli spojrzeć pod przykrywkę utopii i zajrzeć w niezliczone podziemne kondygnacje przemysłowe – świat ten i tak miałby być nadal pełen cierpienia i niesprawiedliwości. Z tekstu można wywnioskować, że autora w największym stopniu intrygował prężny rozwój cywilizowanych miast, postęp w dziedzinie awiacji oraz próba osiągnięcia pokoju na Ziemi(obkupionego bądź co bądź utratą wolności). Problemy społeczne – mimo iż zamiecione pod dywan tak, aby nie było ich na co dzień widać – zdają się jednak pozostawać w dużej mierze bez zmian. Ludzie przyszłości, nawet ci najlepiej sytuowani, mieli być słabo edukowani i próżniaczy, a ich główny życiowy cel to przede wszystkim dobra zabawa.
Wszystko to pośród szkła, bieli, wentylatorów, skryte w cieniu platform dla machin latających i odziane w togi.
To ja poproszę w takim świecie o pracę za miastem, tę przy wypasaniu owiec.
<p>Przegląd opowiadań magazynu Biały Kruk - najlepsze wydane w roku 2025.</p>
Ostatnie moje podsumowanie roku 2025. Opóźnione, bo „Dinozaury" wyszły pod koniec grudnia, ale już jest. Więc zaczynajmy.
Magazyn Biały Kruk wydał w minionym roku pięć antologii (albo cztery, jeśli się uprzemy, że „Czarne charaktery", mimo iż pojawiły się dopiero w styczniu 2025, przynależą do 2024). Przyjrzyjmy im się po kolei.
„Czarne charaktery"
Zbiór o bardzo ciekawym motywie powstawania czarnych charakterów. W końcu możemy dowiedzieć się, skąd to całe zło się w ogóle bierze. Pomysł ciekawy, a sama antologia przedstawia ogromne spektrum podejścia do tematu.
„Stworzyłem ciebie, stworzyłeś mnie" R. Łoboda – Za prostotę i lakoniczne przedstawienie ciekawego pomysłu. Zaczynam ostatnio bardzo doceniać krótkie, konkretne opowiadania, które mimo wszystko oferują głębię.
„Pura Fides" M. Kolenda – Za burzliwą akcję połączoną z motywami okultystycznymi. Za utrzymane napięcie i zwartą strukturę.
„Alchemia"
A to, moim zdaniem, jest jeden z najbardziej udanych jak dotąd numerów Białego Kruka.
„Obchód" A. Olchowy – Artur ma ten specyficzny styl pisania, zarówno bardzo dojrzały i wciągający, a z drugiej strony nie przesadnie pompatyczny i bardzo bliski człowiekowi.
„Reguła przemiany" A. Dublas – Kolejny nienajłatwiejszy tekst, ale również bardzo udany. Pragnienie poznania, przekroczenia granic nauki i biologicznych ograniczeń.
„Przepis na golema" D. Kordowski – I tutaj BK daje nam wreszcie odetchnąć czymś nieco lżejszym. Golem intryguje i wciąga w szalony wir wydarzeń już od pierwszych akapitów. Przyjemna lektura, zaskakująca i wciągająca.
„Księżyc"
Biały Kruk zaostrzył apetyt na dobre teksty, po czym zaserwował nam kolejny zbiór z kilkoma bardzo dobrymi tekstami.
„Ja, ostatni człowiek" W. Moska – Zacząć zbiór takim opowiadaniem, to bardzo dobrze zacząć zbiór. „Ja…" to kolejny nielekki, ale poruszający tekst, pozwalający zastanowić się nad bardzo wieloma rzeczami.
„Kochani, wszystko będzie dobrze" – To również jest tekst, którego lepiej nie przegapić. Choć tekst początkowo budził mój sceptycyzm, to jednak przyzwoicie się rozkręca i odpowiednio kończy.
„Zima"
Niestety numer ten niespecjalnie mnie porwał. Te, o których mogę z czystym sumieniem wspomnieć:
„Era czterech słońc" B. Uznańska-Loch – Tekst chyba najbardziej przypominał klasyczny frostpunk. Ważne, że opowiadanie jest mroźne i brutalne, i tak chyba powinno być z każdym osadzonym w bezlitosnej zimowej atmosferze.
„Ostatnia zima" P. Domownik – Chyba wpadły mi w oko opowiadania akcji. Znów pogonie, śledztwa, tajne służby i… moce nadprzyrodzone.
„Dinozaury"
Wreszcie, ostatni z zeszłorocznych numerów. Nie ukrywam, że tematyka zupełnie nie moja.
„Implozja" A. Laisen – Opowiadanie kilkuwarstwowo przedstawia uniwersalne problemy świata, niezależnie od tego, jaka epoka czy jaki rok.
„Dr. Strangelove i Przyjaciele" M. Świerczek-Gryboś – Kolejne s-f w antologii o dinozaurach (dziękuję!). Podobał mi się w tym tekście nie tylko pomysł na znalezisko tak dziwne, że aż niemożliwe do uwierzenia, jak i bardzo sprawne granie drugim planem.
„Drugie życzenie" A. Ciszewski – Za pokazanie tematu trudnego, ale ważnego.
„Wielki Korporacyjny Wyścig Skamielin" K. Keller – Za dziwaczność i lekkość. Autorce udało się wywołać na mojej twarzy kilka uśmiechów.
<p>Przegląd opowiadań ze zbiorów wydawnictwa Fantazmaty wydanych w roku 2025</p>
Fantazmaty czyli jedna z kilku niezwykłych inicjatyw dających szansę autorom krótkich treści na pokazanie się światu i doświadczenie procesu redakcyjnego przed wejściem w komercyjny świat wydawniczy. Dla mnie to nie tylko kolejny punkt zaczepienia na drodze czytelniczej, ale też miejsce w ekipie, w której grzeję się już od kilku lat (i jest mi tam dobrze!). Mimo to staram się podchodzić do oceniania publikowanych tam opowiadań z obiektywizmem i tak samo jak w innych antologiach, tak i w tych wyszukuję opowiadań najlepszych z najlepszych, żeby powiedzieć o nich światu.
Fantazmaty w 2025 roku wydały trzy antologie (w kolejnym pewnie będzie ich już więcej). Są to „Technofobie" – groza połączona z klimatami nowych technologii, „Retrowizje" – rzut okiem na dawne czasy i rozważania, co by było, gdyby tak wsadzić tam jakieś nowe technologie, oraz „O podbojach sfer niebieskich" czyli przede wszystkim podróże przez kosmos i inne planety.
A oto opowiadania, których z tych zbiorów nie wolno przegapić:
„Technofobie"
W zasadzie nie było w tym zbiorze opowiadań słabych i wszystkie czytało mi się z przyjemnością, oraz wszystkie polecam, ale wyszczególnić pragnę trzy z nich:
1. „Częstotliwość" W. Gunia
Gunia solidna firma, to wiadomo. W tym opowiadaniu przenosi nas w dziwny klimat lekkiego kryminału noir, z tym tylko, że przestępca jest nie tylko nieuchwytny, co najprawdopodobniej wręcz niemożliwy do pełnego pojęcia przez umysł ludzki.
2. „UVB – 77" S. Gdela
Znam ludzi, dla których ten tekst mógłby być ich obrazem w krzywym zwierciadle. Zapewne każdy z nas takich zna i to chyba jest w tym opowiadaniu najbardziej przerażające. Tekst bizarryczny i niejednoznaczny, z drugiej strony intrygujący.
3. „Przeskok p-adyczny" M. Zakrzewska
Cóż, znów tekst, który mocno trafia w moje gusta. Autorka połączyła chorobę psychiczną z nowymi technologiami i czego chcieć więcej? Wszystko skropione nutą filozofii i garścią teorii naukowych. Udany tekst.
„Retrowizje"
Długo wyczekiwana, ale bardzo dobra antologia, od której trudno mi się było oderwać. Każde opowiadanie zaskakuje czasem, miejscem i pomysłami, a przy tym jest przyjemnie spójna pod względem konwencji. Zdecydowanie wszystkie teksty zasługują na przeczytanie. A najlepsze z nich to:
1. „Pogrobowiec Boga Wi" A. Poważyńska
Ten tekst bardzo obrazowo zadziałał na moją wyobraźnię. Nie sposób pozbyć się wizji podejrzanego baru na odludzi – prawie jak westernowy saloon – wypełnionego ludźmi zakurzonymi i zgorzkniałymi.
2. „Homo sapiens planifacialis" R. Puchała
Niezwykle podobały mi się w tym tekście jego dwie warstwy: opowieść o tam i kiedyś przeplatająca się z tu i teraz. Pozornie niewinna opowiastka o dawnych, surowych czasach, która bardzo subtelnie wiąże się poważnymi dylematami natury moralnej w czasach zupełnie innych.
3. „Świt nad doliną" W. Orłowski
Nie sposób nie docenić w tym tekście wiedzę autora. Przenosimy się w daleki orient dawnych czasów, a imersja jest w tym wypadku naprawdę głęboka. Wiktor natomiast po raz kolejny udowadnia, jak dobrze czuje się w tekstach batalistycznych.
„O podbojach sfer niebieskich"
Długo wyczekiwany tom opowiadań s-f, a w nim szerokie spektrum pomysłów. Myślę, że fani różnych odmian science fiction mogą znaleźć tu coś dla siebie.
1. „Indig" P. Jedliński
Za dziwność i dialog z czytelnikiem, nieco bardziej otwarty niż zwykle. Opowiadanie delikatnym łukiem zmierza w kierunku, którego możemy się spodziewać, ale też autor niewiele przed nami w tym względzie ukrywa.
2. „Inferno" A. Laisen
Kolejne sprawdzone nazwisko, które praktycznie nie zawodzi. Dobrze skomponowany tekst trochę podstępnie podchodzący czytelnika. Bardzo udany tekst, a ja z przyjemnością będę wyglądać kolejnych opowiadań Artura.
<p>Przegląd nowości wydawniczych polskiej fantastyki. Trochę tego było! </p>
Ten rok był dla mnie dość niezwykły pod względem czytelniczym. Chyba nigdy w ciągu dwunastu miesięcy nie udało mi się przeczytać aż tylu książek (zdecydowanie więcej niż jedna na tydzień). Wśród nich było aż siedem nowości polskiej fantastyki. A oto one wraz z moją krótką opinią (w kolejności czytania):
20:32 – M. Mortka
Uwielbiam twórczość Marcina Mortki i ubolewam nad tym, jak mało się o nim mówi w fandomie polskiej fantastyki. Tworzy bardzo dużo, pisze lekko, czyta się go z ogromną przyjemnością.
„20:23" to jednak opowieść, która mnie nieco zaskoczyła w przypadku tego autora. Groza i horror dotąd mi się z nim nie kojarzyły. Jeśli jednak ktoś ma ochotę na nutę mrocznej inwazji obcych, to ta książka świetnie się sprawdzi. Początek mocno trzyma w napięciu, tajemnice i problemy tylko się namnażają, a bohaterowie co i rusz stają przed kłopotliwymi wyborami.
Głodny Świat – M. Rusnak
Bardzo gorąco pragnę uwielbiać tę książkę ponad miarę. No ale nie mogę… Niezwykle urzekł mnie cały wątek Olivera i Alesa. Jest poruszający, chwytający za serce i niezwykle wciągający. Niestety, jak tylko się w nim zdążymy zanurzyć, pojawia się nowa historia, mianowicie opowieść o dwóch dalekowschodnich wojownikach, która jest już… zupełnie inną opowieścią i w moim odczuciu powinna być opowiedziana w zupełnie innej książce.
Krzywda – P. Rzewuski
Dla kontrastu z „Głodnym światem" pojawiła się na mojej drodze czytelniczej „Krzywda", która również wydaje się być jedynie zbiorem luźnych opowiadań, ale w zasadzie tylko się wydaje. Autor wciąga nas w wiek siedemnasty i zepsutą szlachtę i prowadzi nas przez cały kraj za głównym bohaterem w poszukiwaniu zemsty, czarnej magii i… samego siebie. Z dużą przyjemnością mi się to czytało. Książka ma wyjątkowy klimat, jest bardzo dobrze napisana, a autor sprawnie rozwiązuje wszystkie wątki, za które się zabrał.
System pozorów – B. Uznańska-Loch
Barbara wciąga nas swoim debiutem na głębokie wody podboju kosmosu i kolonizacji obcych planet, a do tego plącze bohaterów w sieć politycznej gmatwaniny. Intryga goni intrygę, historia obfituje w bardzo różnorodne postaci, a czas i surowce są ograniczone. Dobrze napisany s-f.
Agla; Abraxas – R. Rak
Ostatni tom serii o Sofii. Jest dość… chaotyczny. Mam poczucie, że wyrysowanie tutaj prostej linii fabularnej byłoby wyzwaniem. Nie przeczę, że czuć wyraźnie, iż autor się w tej całej plątaninie wątków i bohaterów świetnie odnajdywał. Co się bowiem tyczy świata wykreowanego przez Radka, to budzi on mój wszechstronny zachwyt. Uwielbiam każdy jeden element światotworzenia, który został tu wykorzystany.
Bóg Jeden Zero – M. Kłodawski
Czytając tę książkę niejednokrotnie przeszło mi przez myśl, że może jednak jest to podręcznik do filozofii, a nie s-f. Wątków filozoficzno-teologicznych jest tam naprawdę dużo i czuć wyraźnie, że autor, pełen rozmaitych przemyśleń próbował znaleźć dla nich ujście. Jest to powieść dużo głębsza, niż mogłoby się wydawać.
Piąta Skóra Nigumy – A. Bednarska
Muszę zaznaczyć na wstępie, że bardzo lubię twórczość Aleksandry i z ogromną chęcią sięgam po jej opowiadania. W „Piątej skórze…" czuć, że autorka dobrze odnajduje się w klimatach orientu. Sama postać głównej bohaterki jest niezwykle intrygująca i bardzo mroczna. Podobało mi się cofanie się na przestrzeni powieści w jej przeszłość i odkrywanie jej historii kawałek po kawałku.
Na koniec ciekawostka lovecraftiańska: w dwóch z powyżej wymienionych powieści pojawił się rzucany przez bohaterów czar o tej samej treści – tekeli-li, tekeli-li.
<p>Przegląd opowiadań ze zbiorów wydawnictwa Planeta Czytelnika oraz antologii "Szepty Mokoszy"</p>
W tym roku wydawnictwo Planeta Czytelnika wydało aż cztery antologie opowiadań, z czego dwie udało mi się przeczytać. Są to „Martwce" i „Lazaret". „Sagasenna" czeka w kolejce a niespodziewanie wydany kolejny bizarryczny tom, czyli „Tomatoza", mam nadzieję, że również trafi w moje ręce, żeby móc się z nim zapoznać.
Osobiście nadal z wyczekiwaniem śledzę losy „Kipieli", w której ma się ukazać mój tekst, ale co się odwlecze, to nie uciecze. Skupmy się w takim razie na tym, co wyszło do tej pory, a w dalszej części wpisu przybliżę jeszcze pozycję wydawnictwa Mięta – „Szepty Mokoszy".
Ale po kolei:
„Martwce"
Tom zapowiadał się ciekawie. Jak zwykle na wstępie Planeta Czytelnika rozpieszcza oprawą graficzną i ilustracjami. Motyw wampiryczny wiecznie żywy jak i same wampiry. Zdawałoby się, że napisano o nich już wszystko, a jednak temat jest wałkowany od tysiącleci i nadal nie mamy go dosyć.
Nie ujmując autorom, którzy stworzyli moc dobrych opowiadań, mam poczucie, że tym razem temat był zanadto ograniczony. Wiele tekstów zdaje się opowiadać tę samą lub bardzo podobne do siebie historie. Chcę jednak jeszcze raz podkreślić, że mało jest w tym tomie tekstów słabych. Większość z nich jest bardzo solidna, tylko niestety giną w tłumie. Te, które jednak chcę wyróżnić to:
„Amerykański sen" R. Łoboda – Zwracam uwagę na ten tekst nie tylko dlatego, że było to coś, co wreszcie wyciągnęło nas z ciemnej wsi uciśnionej przez wampiry. Było to opowiadanie mroczne i tragiczne. Za pomocą motywu wampirycznego opowiadało o niezrozumieniu, strachu przed innością i ostatecznie o zasłużonej zemście. Bardzo udany tekst i tyle.
„Zapiski kruka" M. Dudek – Cóż, kruki są ponoć ostatnio w modzie. To opowiadanie przyciągnęło mnie sprawnym wpleceniem w tekst mało znanych faktów historycznych. Autor potrafił przelać na papier ciekawe informacje, nie zalewając przy tym czytelnika męczącymi infodumpami. Tekst uznaję za bardzo udany.
„Lazaret"
Ta antologia to już zupełnie inna para kaloszy. Planeta Czytelnika wcisnęła nam w ręce szerokie spektrum szaleństw i chorób psychicznych i chwała im za to. Temat ściągnął oczywiście i motywy bizarro i weird. Tutaj jednak już różnorodność tekstów była ogromna. A zatem zajrzyjmy do tego, co najlepsze:
„Jedyna żywa istota" A. Knap – Jeśli wydawało wam się, że wiecie co nieco o dzieciach kwiatach, to Aleksandra udowadnia nam, że nie mieliście o nich dotąd żadnego pojęcia. To opowiadanie było niezwykłą podróżą w trudny związek i macierzyństwo jakiego by się nikt nie spodziewał. Tekst jest poruszający, dojrzały i zdecydowanie wart zauważenia.
„Zew" M. Kaszyński – „Zew" jest klasycznym tekstem mieszającym rzeczywistość z majakami głównego bohatera. Dobrze napisany tekst trzymający się sprawdzonych konwencji.
„Podpowiedź" A. Kubala – To opowiadanie stoi klimatem. Bardzo udanie gra poczuciem beznadziei, głodu, chłodu i ponurości.
„Zaraza w Sheffield" A. W. Bukowski – „Zaraza…" łączy w sobie wiele klasycznych wątków. Mamy postapo, nutę dystopii, ale też intrygi i akcję. Tekst jest bogaty i wciągający.
„Szepty Mokoszy"
Jeśli ktoś mówi, że wydania Planety Czytelnika są ładne graficznie, to wydawnictwo Mięta zakasuje rękawy i prosi o przytrzymanie im kubeczka z parującym naparem. Trudno tę antologię przeoczyć, bo niezwykle przyciąga wzrok. Malowane brzegi doskonale komponują się z okładką.
Co się tyczy samych tekstów, to chyba zabrakło mi jasnej informacji, o czym ten zbiór będzie. O miłości, to jasne. Jednak miłość w tym zbiorze była często elementem bardziej fizycznym i erotycznym niż głębokim uczuciem. Najciekawsze spośród nich to:
„Czarny pies" W. Chmielarz – Tak, lubię psy. Ten też przypadł mi do gustu. Dobrze zbudowany tekst, któremu w zasadzie niewiele można zarzucić. Ciekawie zarysowane postaci, zgrabna klamra spinająca całość w zwarty twór literacki.
„Pomiędzy" K. Żuk-Wieczorkiewicz – Pomijając fakt, że być może lepiej by było, gdyby ten tekst skończył się gdzieś pomiędzy kolejnymi rozdziałami, to była to dość ciekawa podróż po górach. Sam pomysł i sprawa, w którą wplątała się główna bohaterka, jak również zakończenie dają jednak wystarczająco dużo satysfakcji.
<p>Przegląd najlepszych polskich opowiadań Nowej Fantastyki z roku 2024</p>
Kolejny rok i kolejnych dwanaście numerów Nowej Fantastyki za nami. W tle pojawił się również huczny konkurs czasopisma, na którego wyniki wielu nie mogło się doczekać. Czy zwiększyło to popularność gazety wśród pisarzy i przypomniało im, że można słać do NF swoje teksty, nie wiem. Nie wiem też, czy redakcja kiedykolwiek cierpiała na niedobór propozycji, ale życzę jej tego, żeby dostawała coraz więcej świetnych tekstów, żeby było, co czytać. Oczywiście też (raz jeszcze) gratuluję wszystkim nagrodzonym i nie mogę doczekać się ich tekstów.
W tym roku – o ile się nie mylę – Nowa Fantastyka wydała 35 opowiadań polskich autorów. Prawie trzy na miesiąc. Trafiły się, jak zwykle, nazwiska bardziej lub mniej znane i trafili się również debiutanci (choć jak już zostało to ustalone, obecnie debiutanta trudno sensownie zdefiniować).
Ja tymczasem spróbuję raz jeszcze wybrać garść opowiadań, które podobały mi się najbardziej. Nie znaczy to, że teksty, które na mojej liście się nie znalazły, nie podobały mi się wcale. Wiele z nich czytało mi się dobrze ale brakowało im „czegoś" lub „czegoś" miały za dużo. Były jednak i takie, które czytało mi się po prostu źle, ale też zdaję sobie sprawę z mojego wybrednego gustu. W swoim podsumowaniu próbuję wybrać te najciekawsze. Te, które wzbudziły we mnie szczególne emocje i zostały zapamiętane.
A oto one, w kolejności wydania:
„S.E.N.I.O.R."K. Rewiuk (nr 04/25) – Krótki, zabawny tekst, który z pozoru ma w sobie bardzo niewiele. Ot, długi żart. Pocieszna opowiastka. A jednak nie tylko. Podobała mi się w tym tekście jego zwięzłość i strukturalna precyzja. Nie był przesadnie rozdmuchany (a mógł), nie był przegięty w żadną stronę. Krótkie, udane opowiadanie o lekko żartobliwym charakterze. Czego chcieć więcej?
„Orzeszki panny Chew"R. Łoboda (nr 04/25) – Wiem, wiem, że to specyficzny tekst, osadzony w bardzo specyficznym uniwersum, ale podobał mi się, koniec, kropka. Było mi dane zapoznać się już z innym tekstem osadzonym w tym świecie i wrażenia pozostawały dokładnie takie same. Jest to tekst inny, ciekawy i wymusza pewne zabiegi językowe, które są w dużym stopniu odważne. I jestem sobie w stanie wyobrazić, jak źle mogłoby to wszystko pójść, a jednak się udaje.
„Znamię"M. Rusnak (nr 06/25) – Co się tyczy tego opowiadania, to zastanawia mnie, jaki byłby mój jego odbiór, gdyby nie wpadł mi wcześniej w ręce „Głodny świat". W tym roku po raz pierwszy przyszło mi spotkać się ze światem Nexusa i było to bardzo miłe spotkanie. Kolejne opowiadanie w tym uniwersum było więc ciekawym dodatkiem do debiutanckiej powieści. Intrygujące postaci, dziwaczne miejsce zawieszone między uniwersami i kolejna opowieść o tym, jak ułożyć sobie życie na nowo.
„Służba i obowiązek"A. Miszczak (nr 08/25) – W tym opowiadaniu chyba najbardziej podobał mi się klimat. Mroczny, ale kojący w swoim mroku. Synestetycznie mogę powiedzieć, że ten tekst jest granatowy jak ciemniejące przed nocą niebo i o takim zmroku opowiadające. Istoty żyjące w cieniu obserwują nas, pilnują i w pewnym stopniu podziwiają, mimo iż świadome są naszej kruchości.
„Rdza" M.B. Łukasiewicz (nr 08/25) – Nie od razu mi się „Rdza" spodobała na tyle, żeby wstawiać ją na tę listę, ale po tych kilku miesiącach od przeczytania jej widzę, że została we mnie tak wyraźnie, że jej się to należy, więc jest. To nieskomplikowana historia, która mówi o rzeczach bardzo skomplikowanych. Choroba-niechoroba, nieśmiertelna walka z systemem i dystopijne klimaty zdają się jedynie przykrywką do tego, co autor chciał nam naprawdę przekazać.
„Niewiedźma"A. Janusz (nr 09/25) – „Niewiedźma" to kolejny naprawdę długi kawałek tekstu. Tym razem jednak nie wiem, czy opowiadanie jest częścią większego uniwersum, czy pojedynczą historią. Z jednej strony przedstawiony świat jest wyjątkowo rozbudowany jak na pojedynczy tekst, z drugiej strony fabuła i postaci zdają się należeć jedynie do tej historii. I to mi się podoba. Sama historia jest natomiast dynamiczna, płynnie rozwijająca się i subtelnie dozująca wszystko, co kluczowe dla fabuły i zakończenia. Czyli bardzo dużo na plus i świetna lektura.
„Czas Tutenhito"P. Dybała (nr 10/25) – Cyrk osobliwości to moim zdaniem temat niezwykle bogaty i zaskakująco rzadko wykorzystywany w literaturze fantasy. Tutaj również był głównie tłem do opowiadanej historii, ale tłem bardzo udanym. Niespodziewanie wcielona do cyrkowej społeczności sierota odkrywa w sobie niezwykły talent, który tylko z początku wydaje się błogosławieństwem. Opowiadanie pełne klimatu lekko dusznego namiotu cyrkowego i skrobania piórem o pergamin. Stopniowo odkrywa kolejne karty, żeby wreszcie ułożyć się w jeden spójny obraz. Udane i ciekawe.
„Twarzowość"M. Brzozowski (nr 11/25) – Jest to tekst, który przywiódł mi na myśl takie miejsca w internecie jak kanał Alter na YouTube, specjalizujący się w krótkich filmikach o szeroko rozumianej tematyce grozy i horroru. „Twarzowość" to krótka groza, o tyle bardziej przerażająca, że (choć osadzona w świecie przyszłości) zdaje się być możliwą, jeśli spojrzymy na temat z perspektywy choroby psychicznej. A chyba każdy, kto w tych klimatach siedzi, wie, że o tym właśnie bardzo często są horrory. O demonach, które są w nas, a nie na zewnątrz.
<p>Bohater monomitu to postać, która wyrusza w podróż ze zwykłego świata do regionów nadnaturalnych cudów; napotyka tam fantastyczne moce i osiąga zdecydowane zwycięstwo, po czym powraca ze swojej tajemniczej przygody, aby obdarzyć pozyskanymi dobrodziejstwami swoich pobratymców.</p>
Nie sposób rozpocząć przygotowywany przeze mnie cykl o konstrukcji fabuły od kogokolwiek innego niż Joseph Campbell – choć niezmiernie kusiło mnie, żeby jednak zacząć od Władimira Proppa, który chronologicznie byłby pierwszy w kolejności spośród tych, o których chcę pisać.
Joseph Campbell był jednym z najbardziej znanych mitoznawców i religioznawców dwudziestego wieku. Mówi się, że zmienił sposób w jaki patrzymy na mity i legendy, a co za tym idzie również współcześnie powstające dzieła. Analizował opowieści przekazywane z pokolenia na pokolenie doszukiwał się cech wspólnych i szukał archetypów powtarzających się w nich postaci i zdarzeń, a podsumowanie swoich badań zawarł w książce „Bohater o tysiącu twarzy” wydanej w 1949 r.
Zanim jednak przejdę do analizy opisywanej przez niego drogi bohatera, pozwolę sobie cofnąć się jeszcze trochę w przeszłość. Campbell nie był bowiem pierwszym antropologiem zajmującym się tym tematem. Przed nim tym zagadnieniem zainteresowali się między innymi Otto Rang i… Lord Raglan. (Zbieżność nazwisk całkowicie przypadkowa :))
Obaj badacze stworzyli jeszcze przed Campbellem własne listy wydarzeń i elementów powszechnie występujących w mitach i legendach całego świata. Co jest jednak bardzo ważne, nie wszystkie opracowane przez nich punkty występowały sumiennie w każdym badanym micie, a raczej były kompasem dopasowania danego dzieła do rangi opowieści o bohaterze.
Przykładowo na archetyp mitycznego bohatera wg Raglana składały się następujące elementy:
Matka jest szlachetnie urodzoną dziewicą
Ojciec jest królem
Ojciec jest bliskim krewnym matki
Niezwykłe poczęcie pohatera
Bohater jest rzekomym synem boga
Próba zabicia bohatera w niemowlęctwie, często przez ojca lub dziadka ze strony matki
Bohater zostaje porwany jako dziecko
Bohater jest wychowywany przez przybranych rodziców w odległym kraju
Brak szczegółów z dzieciństwa
Powraca do lub zmierza do przyszłego królestwa
Pokonuje króla, smoka, bestię
Poślubia księżniczkę (często córkę swojego poprzednika)
Zostaje królem
Przez jakiś czas spokojnie rządzi królestwem
Tworzy nowe prawa
Traci łaskę bogów i swoich poddanych
Opuszcza tron i miasto
Spotyka go tajemnicza śmierć…
… niejednokrotnie na szczycie wzgórza
Jego dzieci (jeśli ma jakieś) nie dziedziczą po nim
Nie zostaje pochowany
Ma jeden lub wiele grobów (pomników pamięci)
I tak z 22 punktów opracowanych przez Raglana, sam autor określił, z jaką ich ilością zgadzają się badane przez niego biografie. Tym samym następujące postaci plasują się następująco:
– Edyp 21 z 22 punktów
– Mojżesz 20 z 22 punktów
– Król Artur 19 z 22 punktów
– Romulus 18 z 22 punktów
– Herakles 17 z 22 punktów
– Robin Hood 13 z 22 punktów
W opracowaniu Raglana widać jednak dość wyraźnie, że przynajmniej podczas układania tej listy, nie kierował on się poszukiwaniem uniwersalnej struktury opowieści. Słabo odnajdą się w tym schemacie folkowe opowieści czy proste bajki, a Czerwony Kapturek mógłby zdobyć jakieś… dwa, może trzy punkty, jeśli byśmy się bardzo uparli. Cóż, dziewczynka, która nie słuchała mamy ewidentnie nie zasługuje na miano mitycznego bohatera. Niemniej jest bohaterem, którego opowieść jest ważna i poruszająca, a postaci takie jak ona nie mogły długo pozostawać przemilczane w dobie rozwijających się badań antropologicznych.
Kiedy więc na scenę wkroczył Campbell ze swoją uproszczoną strukturą, pasującą nie tylko do wielkich legend o epickich bohaterach, lecz również do prostych historii ze świata folkloru, monomit zaczął nabierać kształtu poszukiwanego przez wielu wcześniejszych badaczy.
Czym jest monomit:
Pojęcie monomit po raz pierwszy zostało użyte przez Jamesa Joyca w jego ostatniej powieści „Finneganów tren”. Campbell, który badał dzieła Jamesa Joyca zapożyczył i rozpowszechnił to sformułowanie w swojej książce „Bohater o tysiącu twarzy”.
Bohater monomitu to postać, która wyrusza w podróż ze zwykłego świata do regionów nadnaturalnych cudów; napotyka tam fantastyczne moce i osiąga zdecydowane zwycięstwo, po czym powraca ze swojej tajemniczej przygody, aby obdarzyć pozyskanymi dobrodziejstwami swoich pobratymców.
Jest to podróż bohatera, zawierająca w sobie takie elementy jak odejście (z domu), drogę pełną wyzwań i powrót postaci odmienionej, pełnej bagażu nowych doświadczeń i umiejętności.
Jak wygląda taki monomit według Campbella?
Wspomniane elementy zostały kolejno rozwinięte do siedemnastu punktów:
Odejście
Wezwanie do wyprawy
Sprzeciwienie się wezwaniu
Pomoc sił nadprzyrodzonych
Przekroczenie progu – spotkanie ze strażnikiem
W brzuchu wieloryba
II. Inicjacja
Droga prób
Spotkanie z boginią
Kobieta jako kusicielka
Pojednanie z ojcem
Apoteoza
Nagroda
III. Powrót
Odmowa powrotu
Magiczna ucieczka (wskrzeszenie)
Pomoc z zewnątrz
Przejście przez ostatni próg
Mistrz dwóch światów
Wolność życia
W dalszej części postaram się pokrótce przybliżyć każde z tych tajemniczych haseł, jednak już na wstępie pragnę podkreślić, że drobnym błędem jest usilne dopatrywanie się wszystkich tych elementów w różnego rodzaju dziełach opowiadających jakąś historię. Taką tendencję zauważam jednak w wielu opracowaniach. Sam Campbell tego nie robił. W dużej mierze traktował wymienione przez siebie punkty podobnie jak Lord Raglan swoją listę, mianowicie zauważał wyjątkową częstość występowania tych elementów w wielu opowieściach, ale nie rozkładał każdej jednej historii na przedstawiony przez siebie schemat punkt po punkcie. Co więcej, wyszukiwał momenty, w których badane opowieści kończą się gwałtownie, przedwcześnie urywając drogę bohatera. Takie historie są zwykle jakąś przestrogą dla odbiorcy, ale jest ich w mitologii, folklorze i popkulturze bardzo wiele. Owszem, nie są wtedy monomitem, dlatego usilne robienie z nich monomitu i dopatrywanie się w nich czegoś, czego tam naprawdę nie ma, jest zwyczajnie nieuzasadnione.
Przykładami powszechnych lecz niepełnych powieści mogą być: księżniczka, która nie chce ślubu z wybranym jej księciem, przez co tragicznie kończyć swoją podróż bohatera już na etapie odmowy wyruszenia na przygodę; wędrowiec, który polegnie na etapie przekraczania progu, kiedy nie uda mu się sprostać wyzwaniu stawianemu przed „strażnika” i da się przekabacić złemu dżinnowi lub oszukać diabłu; śmiałek przepełniony pychą, który czekającą na niego na końcu drogi nagrodę obróci we własną zgubę.
Dopiero bohater, który sprosta wyzwaniom i dotrze do końca podróży opisanej przez Campbella, pozwoli nam doświadczyć przygody pełnej i satysfakcjonującej, ale trzeba nie każda opowieść ma taki cel.
A teraz, przejdźmy do konkretów. Co jest co:
Wezwanie do wyprawy
Tytuł tego etapu w zasadzie dużo mówi sam za siebie. Jest to ten moment, w którym bohater, często po raz pierwszy, styka styka się z obcym światem, którego progi przekroczy w dalszej części historii. Może to być postać z innego świata wołająca o pomoc, potężny mag zlecający trudne zadanie, ale równie dobrze może to być mama prosząca córkę o samodzielne wykonanie jakiejś trudnej (dla dziecka) pracy, lub pierwszy kontakt z nową firmą, w której potem bohater podejmie pracę. Można też spojrzeć na to jak na moment, w którym „przeznaczenie upomina się o bohatera”.
W filmie „E.T.” główny bohater, chłopiec, któremu nikt nie wierzy, że w ogrodzie dzieje się coś dziwnego, postanawia sam zbadać sprawę. W jednej w pierwszych scen w filmie widzimy jego niepokój, kiedy stoi przed szopą, z której dochodzą dziwne dźwięki. Kiedy wrzuca do środka piłkę, coś mu zaraz potem tę piłkę odrzuca. Chłopiec jeszcze nie wie, co to takiego, ale rozumie, że to nie jest kojot, jak próbuje go przekonać rodzina. To jest coś obcego, a moment odrzucenia mu piłki jest właśnie formą zaproszenia do wspólnej przygody. „Wiem, że tam jesteś i widzę, cię, chcę również, żebyś i ty mnie zauważył”. W dalszej części filmu chłopiec przyjmuje to „zaproszenie” i samotnie czeka w nocy na ponowny kontakt z obcym.
Sprzeciwianie się wezwaniu
Odmowa podjęcia wyzwania jest bardzo naturalnym odruchem w obliczu stanięcia przed czymś zupełnie nowym i nieznanym. Bohater, którego poznajemy, jest zwykle postacią żyjącą w stabilnym świecie, dorastający według ustalonych norm i ideałów. Nie jest łatwo podjąć z dnia na dzień decyzję, o opuszczeniu wszystkiego tego, co nas otacza i co doskonale znamy, nawet jeśli nie do końca podoba nam się otaczająca nas rzeczywistość.
Bilbo Baggins, bohater „Hobitta” J.R.R. Tolkiena żyje szczęśliwie w swojej norce i nie zamierza nigdzie się z niej ruszać przez całe życie. Jak sam powiada:
„– My tu jesteśmy naród prosty i spokojny, nie potrzeba nam przygód. Przygody! To znaczy: nieprzyjemności, zburzony spokój, brak wygód. Przez takie rzeczy można się spóźnić na obiad. Nie pojmuję, co się w tym może komuś podobać”.
Cóż, przynajmniej z częścią jego argumentów nie sposób się nie zgodzić. Mimo to hobbit ostatecznie daje się wyciągnąć z domu i ruszyć w naprawdę niezwykłą podróż.
Pomoc sił nadprzyrodzonych
Jeśli nasz bohater nie sprzeciwi się wezwaniu do przygody, może natrafić na swojej drodze na postać, która przyjdzie mu z pomocą w obcym świecie, do którego wkracza. (Wbrew tytułowi tego podpunktu nie musi posiadać magicznych mocy; jest po prostu czymś, co pojawia się w życiu bohatera niespodziewanie i w sposób, którego by się nie spodziewał). Spotkanie z taką postacią może być formą nagrody za podjęcie trudnej decyzji. Pomocnik, pojawiający się na tym etapie (obeznany z nieznaną bohaterowi krainą) jest podporą podczas stawiania pierwszych kroków na nowej drodze lub też objaśnia bohaterowi zasady funkcjonujące w nowym dla niego środowisku. Może też służyć mu jako opiekun lub przewodnik w dalszej wędrówce, choć nie będzie mógł razem z bohaterem stawić czoła pojawiającym się przed nim wyzwaniom.
W powieści „Hrabia Monte Christo” A. Dumasa pomocnikiem młodego Dantesa, skazanego na niechybną śmierć w lochach więzienia, zostaje jego współwięzień, który nie tylko pomaga mu uciec z zamknięcia, ale też w ciągu kilku spędzonych razem lat uczy go wszystkiego, czego młody chłopak będzie potrzebował w przyszłości, aby stać się Hrabią Monte Christo. Pozostawia mu również wiedzę o niezliczonych skarbach, z których Edmund skorzysta na wolności.
W filmie „Diabeł ubiera się u Prady” pomocnikiem głównej bohaterki staje się Nigel jej kolega z pracy, dużo bardziej doświadczony w przemyśle modowym. Jest jedyną sprzyjającą jej postacią w tym okrutnym świecie i to on wysłuchuje jej i daje rady, które przyczynią się do zmiany podejścia bohaterki do nowej pracy. W odpowiednim momencie da jej siłę napędową do tego, aby się nie poddawać.
Przekroczenie progu – spotkanie ze strażnikiem
Jest to moment, w którym bohater musi stawić czoła pierwszemu zagrożeniu lub udowodnić, że jest godzien wkroczyć do nowego świata.
Tytułowy bohater filmu „Shrek” przed wyruszeniem po księżniczkę Fionę przypadkowo bierze udział w turnieju rycerskim. Podczas tego wydarzenia udowadnia swoją wartość jako wojownik i pokazuje, że jest zdolny podjąć dużo trudniejsze wyzwanie wyzwanie. Dochodzi też w tym momencie do dosłownego przekroczenia progu obcego Shrekowi świata – wejście do Dunlock i wejście na dziedziniec zamku.
W przypadku Harrego Pottera jest to bardzo dobitne przekroczenie progu świata czarodziejów, wejście na ulicę Pokątną (jego strażnikami byli w tym przypadku Dursleyowie – z pomocą Hagrida [pomocnika] udało mu się ich „pokonać”). Kolejnym punktem przejścia następującym zaraz po pierwszym pojawieniu się w świecie czarodziejów jest jego moment otrzymania różdżki. Długie poszukiwanie pasującego do niego przedmiotu to chwile grozy dla chłopca, który nadal wątpi, czy świat się co do niego nie pomylił. Moment znalezienia odpowiedniej różdżki jest potwierdzeniem, że tak, naprawdę jest godzien wejścia do tajemniczego uniwersum czarodziejów i wreszcie ma na to dowód.
W brzuchu wieloryba
Według Campbella jest to moment, w którym bohater dociera do miejsca bez odwrotu i w pewnym sensie dostępuje samounicestwienia, aby zaraz narodzić się na nowo. Bycie połkniętym przez wieloryba, czy wkroczenie do mistycznej świątyni, w której nie wiadomo, co nas czeka, oznaczają jednakowo odcięcie się od świata zewnętrznego, wkroczenie w nieznane, aby potem powrócić, jako ktoś zupełnie inny. Jest to ważny etap w strukturze Campbella, która ostatecznie prowadzi przecież do przemiany bohatera. Wpadnięcie do brzucha wieloryba jest zwiastunem tej przemiany i momentem, z którego bohater nie może się już ze swojej powieści łatwo wycofać. Podpisana umowa, wygnanie z rodzinnej wioski, zobowiązanie do wykonania misji, wejście do pociągu lub bycie porwanym przez magicznego wierzchowca i wyruszenie w podróż to wszystko są momenty, z których bohater już nie może się w prosty sposób wywinąć i zmuszony jest ostatecznie zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem.
W filmie „Avatar” główny bohater, młody weteran po amputacji obu nóg, uważa, że życie niewiele ma mu jeszcze do zaoferowania, kiedy dostaje propozycję przejęcia kontraktu po zmarłym bracie bliźniaku. Zgadza się na przyjęcie go i wyrusza w statku kosmicznym na zupełnie inną planetę. W tym wypadku ów statek kosmiczny jest niczym innym jak wielorybem zabierającym go w zupełnie inne i obce miejsce. Od tego momentu Jake nie jest w stanie w prosty sposób zrezygnować ze swojej przygody i wrócić na Ziemię.
Droga prób
Droga prób to zwykle najbogatsza w treść część opowieści. To tutaj bohater poznaje nowych towarzyszy, musi sprostać po kolei wyzwaniom i rzucanym mu pod nogi kłodom, uczy się otaczającego go świata i szuka sposobu na osiągnięcie swojego celu. Niejednokrotnie ta droga prób jest usłana niepowodzeniami i błędami, na których bohater się uczy i które mają służyć mu do budowania charakteru i poznawania siebie.
W pierwszej części książki „Niekończąca się historia” będzie to cała droga Atreju od momentu opuszczenia rodzinnego plemienia (już po otrzymaniu wezwania i próbie odmówienia mu) – podróż przez Bagna Smutku i pożegnanie się ze swoim wiernym koniem Atraxem, otarcie się o śmierć i poznanie smoka Fuchura, podróż w jego towarzystwie w poszukiwaniu wyroczni Uyulali i wiele innych, aż po dotarcie z Dziecięcą Cesarzową do Starca z Wędrownej Góry, gdzie wreszcie udaje im się porozumieć z Bastianem, chłopcem, który musi w nich uwierzyć. W kolejnej części książki poznajemy kolejny szereg przygód, lecz tym razem dotyczących Bastiana, który sam wkroczy na własną drogę bohatera.
Droga prób – choć może być potraktowana przez krótką formę po macoszemu – w powieści jest elementem najbardziej treściwym i zajmującym najwięcej miejsca w całym dziele.
Spotkanie z boginią
Choć Campbell niejednokrotnie odnosi się do bogini jako do faktycznej postaci kobiecej, która czeka na końcu drogi bohatera, aby wyjść za niego za mąż i stać się zwieńczeniem jego sukcesów oraz olśnieniem duszy, opisuje on ten element powieści również w kwestii zdecydowanie bardziej uniwersalnej:
„Jest to moment przełomu w nadirze, w zenicie albo na najdalszym krańcu ziemi, w centralnym punkcie kosmosu, w przybytku świątyni lub w ciemnościach najgłębszego zakątka serca. (…) Spotkanie z boginią (która ucieleśniona jest w każdej kobiecie) jest ostatecznym sprawdzianem talentu bohatera i pokazuje, czy potrafi on zdobyć dar miłości (…)”.
Podkreśla również, że „bogini” może przybrać formę męską lub opiekuńczą, jeśli bohater i jego przygody tego wymagają.
Postać bogini jest elementem, który ma zmusić bohatera do stania się lepszym i do sumiennego dążenia do celu. Ma motywować do uczciwego działania i nie zbaczania z obranego celu. Co ważne, według Campbella bogini jest postacią dychotomiczną i w zależności od poziomu dojrzałości bohatera oraz jego stopnia gotowości do spotkania z nią może przybierać różne formy. Gdy bohater nie jest gotowy, aby ujrzeć jej doskonałość, może mu się ona wydawać odrażająca i odpychająca. Dopiero kiedy zaczną zachodzić w nim zmiany, przejrzy na oczy i ukaże mu się jej cudowne oblicze.
W powieści „Trzej muszkieterowie” boginią będzie postać królowej – niedostępnej dla bohaterów kobiety idealnej, dla której gotowi są na wyrzeczenia i trudy i dla której ochoczo narażają życie w kolejnych przygodach.
W powieści „Mam na imię Jutro” dla głównego bohatera – wiernego psa – boginią będzie jego zaginiony pan, na którego pies czeka bez chwili zwątpienia w to, że jeszcze się spotkają. Wizja ich ponownego zjednoczenia popycha czworonoga naprzód i zmusza do przekraczania własnych granic w nadziei, że ich ścieżki na powrót się złączą i pozostaną razem już na zawsze. Wszystko, co robi pies, robi właśnie dla swojego pana.
Kobieta jako kusicielka
Jest to kolejny kobiecy element w strukturze Campbella, w którym doskonale widać, jak wielki wpływ na jego dzieło miały badania nad psychoanalizą i siłą psychiki oraz jak bardzo inspirowały go prace Juga, Freuda czy Nietzschego. Szczęśliwie dla nas tutaj również nie musi dosłownie chodzić ani o konkretną kobietę, ani o żądze odciągające bohatera od celu (choć może).
Ten punkt struktury Campbella jest próbą znalezienia słabości bohatera i sposobu przezwyciężenia ich. Czy to będą problemu natury psychologicznej czy fizycznej jest sprawą drugorzędną. Kluczowe jest przezwyciężanie swoich ułomności i nie poddawanie się przeciwnościom, które będą próbowały za wszelką cenę odciągnąć bohatera od osiągnięcia celu. Ten element fabuły może mieć odwzorowanie w postaci, która podstępem będzie zwodziła bohatera na manowce, ale równie dobrze może to być jego nieśmiałość i chęć ucieczki od ostatecznej próby, strach przed porażką lub zmierzenie się z dawnymi traumami.
Z przykrością stwierdzam, że jest to element bardzo często pomijany w opowieściach. Jeżeli kiedykolwiek mieliście poczucie, że bohaterom zbyt łatwo przyszło osiągnięcie celu czy stoczenie ostatecznej bitwy, najpewniej zabrakło im właśnie kusiciela, który przekonywałby ich, że to wszystko na nic i łatwiej będzie zrezygnować z trudów i się poddać.
W powieści „Ruchomy zamek Howla” tytułowy bohater – próżny i zapatrzony w siebie mag lubujący się w spędzaniu długich godzin na kąpielach i dbaniu o siebie – rękami i nogami zapiera się przed jakąkolwiek odpowiedzialnością czy mieszaniem się w rzeczy, które nie dotyczą go bezpośrednio. Odmawia królowi, odmawia przyjaciołom, odmawia wszystkim, jeśli tylko sprawy nie dotykają go osobiście. Dlatego kiedy dla ratowania swojej pomocnicy Sophie rzuca się wreszcie do walki (w dodatku – o zgrozo! – nieogolony i niechlujnie ubrany), udowadnia, że coś w sobie przełamał i przepracował swoje słabości. Gotów jest dostąpić przemiany.
Pojednanie z ojcem
Kolejny bardzo niejednoznaczny punkt struktury Campbella. Tak samo jak we wcześniejszych etapach Podróży, nie musi tu chodzić o fizycznego, prawdziwego ojca.
O co w takim razie chodzi i jakie wartości w życiu naszym i bohaterów skrywa ten etap?
Otóż „ojciec” reprezentuje kilka elementów, które dopiero po dokładnej analizie złożą się w całość. Będą to:
– inicjacja w dorosłość (dosłowna lub metaforyczna); przejście spod spódnicy matki pod pieczę ojca i do świata dorosłych,
– dostrzeżenie kłamstwa w którym trwał bohater lub nawet przeciwstawienie się mu; może to być zarówno zrozumienie, że świat nie jest łagodny i delikatny jak matczyne ramiona, ale także objawienie, które pokaże bohaterowi, że zło, którego dopatrywał się w świecie (bezduszny, surowy ojciec) ma swoje uzasadnienie (troska o dobro rodziny i dziecka, które nie pojmuje, jak zbudowany jest świat).
W filmie „Jumanji” dochodzi do dosłownego pojednania z ojcem, kiedy Alan przekonuje się, że wbrew temu co myślał, jego ojciec kochał go nad życie i poświęcił wszystko, co miał, aby odszukać chłopca po jego zaginięciu. Stracił pozycję, pieniądze i poczytalność, kiedy tylko Alana zabrakło w jego życiu. Bohater, dopiero gdy dowiedział się tego wiele lat później, był w stanie przebaczyć ojcu i zrozumieć jego zachowanie.
W baśni „Czerwony Kapturek” moment „pojednania z ojcem” dostrzegamy, kiedy nauczona doświadczeniem dziewczynka może wreszcie pojąć, skąd wziął się nakaz mamy, aby nie zbaczać ze ścieżki i nie rozmawiać z obcymi. Bohaterka może wreszcie zrozumieć, że nie jest to jedynie widzimisię rodzicielki, a jej słowa były poparte troską i doświadczeniem. Matka rozumiała powagę niebezpieczeństwa lepiej niż dziecko, które w swojej niedojrzałości doprowadziło do tragedii.
W filmie „Nowe szaty króla” momentem, w którym bohater orientuje się, że całe życie żył w kłamstwie, jest chwila, kiedy Kuzco pojmuje, że wcale nie jest dobrym władcą, a jedynie zapatrzonym w siebie, pysznym młokosem, któremu nikt nie śmiał wyznać prawdy prosto w twarz. Kiedy Kuzco pod wpływem przebytych przygód dojrzewa do tego, żeby spojrzeć prawdzie w oczy, zaczyna lepiej rozumieć świat wokół siebie i decyduje się zmienić. W tym dziele postać ojca się nie pojawia w sensie dosłownym, ale Kuzco przechodzi wyraźną przemianę z rozpieszczonego podrostka w mężczyznę, który wreszcie potrafi zadbać o siebie i o innych. Wreszcie sam staje się prawdziwym ojcem swojego narodu. W tym celu potrzebne było właśnie wyjście z kłamstwa, w którym żył.
Apoteoza
Apoteoza nie jest elementem fabuły, który w prosty sposób możemy dojrzeć w dziełach literackich i sam Campbell skromnie podaje jej przykłady w swojej książce. Odnosi się on w tym puncie raczej do scen religijnych, przypowieści i wierzeń (do których powieści folkowe mogą się oczywiście odnosić), niż do literatury powszechnej. Jest to punkt w którym historia powinna skupić się na wychwalaniu świata i jego stwórcy (kimkolwiek by on był), dostrzeżeniu doskonałości w niedociągnięciach, pierwiastka dobra w złu, elementu kobiecego w mężczyźnie i na odwrót. Narodziny równoważą się ze śmiercią, chwila i wieczność stają się jednym a różnica między przedmiotem i podmiotem się zaciera.
W kontekście drogi bohatera można doszukiwać się elementu apoteozy w momencie, gdy bohater dochodzi do punktu swojej ostatecznej przemiany. Przezwyciężył swoje leki i ułomności, nauczył się, jak być lepszym sobą, odkrył prawdziwy cel swojej podróży i ostatecznie zdołał stawić czoła nie tylko swojemu adwersarzowi, ale i własnym demonom. „Oświecenie”, którego dostępuje – jego przemiana – może się okazać w ostatecznym rozrachunku sukcesem i nagrodą większymi jeszcze niż uratowanie księżniczki, wygranie wyścigu, pokonanie wielkiego zła czy odkrycie tajemnicy.
Apoteoza to pogodzenie się ze światem i osiągnięcie wewnętrznego spokoju. Zdolność spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość z dalszej perspektywy i wejrzenie w przyszłość z nadzieją na lepsze jutro.
Ostateczna nagroda
Emocje opadają, szklana góra została zdobyta, zły wilk pokonany, szkolne przedstawienie dobiegło szczęśliwie do końca i zdobyto grand prix. Bohaterowie osiągnęli swój cel, teraz czeka ich nagroda.
W kontekście miologicznym nagrodą dla bohatera bywa największy do wyobrażenia skarb – ambrozja (dająca nieśmiertelność aspektu fizycznego) lub ostateczne zbawienie (dające nieśmiertelność aspektu psychicznego).
Prości literaccy bohaterowie mogą mieć jednak inne cele i inne nagrody mogą ich (i nas jako odbiorców) w zupełności satysfakcjonować.
W powieści „Zagłada puka do drzwi” T. Kngfisher nagrodą dla głównej bohaterki po pokonaniu złej wiedźmy jest wyzwolenie się spod jej uroku i uratowanie przed jej druzgocącym wpływem swoich bliskich i znajomych. Perspektywa spokojnego życia, którego dotąd nigdy nie zaznała, jest wszystkim, o czym dziewczyna kiedykolwiek mogła marzyć.
Tak samo w książce „Skazani na Shawshank” S. Kinga ostateczną nagrodą jest wolność.
W przypadku „Króla lwa” (któremu niezwykle blisko jest do klasycznego schematu mitu) będzie to odzyskanie przewodnictwa w stadzie (królestwa), rodziny i utraconego życia.
Każda z tych nagród została okupiona wielkimi trudami, rzucanymi bohaterom pod nogi kłodami i wymagała od nich nie tylko męstwa lecz przede wszystkim przezwyciężenia swoich słabości. Dopiero tak osiągnięty cel może dać poczucie prawdziwego spełnienia i satysfakcji. Nagroda osiągnięta zbyt łatwo, bez większych trudności i udowodnienia tego, że jest się jej godnym, może być postrzegana jako niezasłużona. Na pewno jednak nie będzie szczególnie ciekawa dla odbiorcy. Nagrody przychodzące z łatwością i bez trudu pozostawione są w strefie opowieści dla jednostek nadnaturalnych, urodzonych w świetle boskiego błogosławieństwa i w pełni oświecenia. Takie postaci mają być jednak głównie natchnieniem i wzorem do naśladowania (dla nas lub naszych bohaterów) tym samym nie jest im przeznaczona pełna droga bohatera. Nie muszą mierzyć się ze swoimi słabościami (bo ich nie mają), nie żyją w kłamstwie i nie muszą dążyć do oświecenia, bo już je mają. Wtedy, owszem, wszystko czego się podejmą, ma prawo przychodzić im z łatwością.
Trzeba natomiast pamiętać, że i na tym etapie nasz bohater może dramatycznie i przedwcześnie zakończyć swoją wędrówkę, a najlepszym tego przykładem jest chociażby legenda o królu Midasie. Przekleństwo, które go spotkało (zmienianie wszystkiego, czego dotknie w złoto) nie jest elementem błędu podczas spotkania ze strażnikiem. Midas nie dał się oszukać Dionizosowi. Bożek w dobrej wierze i pełen wdzięczności obiecał spełnić jedno z życzeń Midasa i słowa dotrzymał. Chciwość króla jest przestrogą płynącą z tego mitu. Nagroda, której zapragnął, przerosła go.
Odmowa powrotu
Gdy już zdobędzie się ambrozję czy boski płomień wypada ze zdobyczą powrócić do swojego świata i podzielić się nią z innymi śmiertelnikami. Monomit zakłada jednak, że powrót bywa dużo trudniejszy niż mogłoby się wydawać.
Jak wiemy z poprzedniego punktu, nagrody bywają różne, różne też bywają powroty. Odmowę obserwujemy najczęściej w dziełach, w których przekroczenie granicy dwóch światów jest traktowanie dosłownie.
Harry Potter trafia ze zwykłego domu do świata czarodziejów i nie chce wracać do nieczułego wujostwa na wakacje. Wolałby zostać w Hogwarcie, gdzie czuje się jak w domu, ma przyjaciół i traktowany jest „po ludzku”.
W powieści „Lew, czarownica i stara szafa” główni bohaterowie „zasiedzieli” się w magicznym świecie do tego stopnia, że żadne z dzieci nie pomyślało nawet o powrocie do domu, dopóki podstępem, pod pozorem polowania na białego jelenia spełniającego życzenia, nie zostały z Narni wywabione (już jako osoby dorosłe!). W kontynuacji cyklu „Książe Kaspian” dzieci są już świadome tego, że ich czas w Narni kiedyś dobiegnie końca i trzeba będzie ponownie wrócić do domu, lecz nadal wiąże się to dla nich z wielkim żalem, szczególnie dla dwójki najstarszych bohaterów, Zuzanny i Piotra, którym przepowiedziano, że już nigdy nie dane im będzie wrócić do baśniowego królestwa. Immersja w świat fantastyczny – z początku dziwny i straszny – była tak pełna, że miejsce to stało się ich drugim domem.
Bardzo często można natomiast spotkać dzieła, w których powrót bohatera do świata sprzed wyruszenia na przygodę jest wręcz niemożliwy.
Luke Skywalker rozpoczął swoją podróż na spokojnej farmie, na której mieszkał z ukochanym wujostwem. Jego powrót w to samo miejsce nie jest możliwy, bo farma przestała istnieć. Ponadto po przebytej przygodzie Luke znalazł nowy cel w swoim życiu i chce kontynuować to, co rozpoczął u boku nowych przyjaciół. Powstaje w prawdzie w tym wypadku pytanie, czy droga bohatera Luka jest w takim razie skończona i jego przygodę powinno się traktować jako faktyczny koniec drogi bohatera, czy może jedynie jako element drogi prób. Taką konstrukcję ma bardzo wiele współczesnych dzieł, co nie zmienia faktu, że każda kolejna przygoda (odcinek serialu, tom cyklu) nie może nadal zawierać zdecydowanej większość elementów struktury Campbella, a jej prawdziwe zakończenie wraz z odmową powrotu i innymi jego elementami, będziemy mogli zaobserwować dopiero na samiuteńkim końcu.
Innym przykładem dzieła, w którym brak jest elementu odmowy powrotu są sytuacje, w której przebyta przez bohatera przygoda była drogą pełną dramatów i nieszczęść, a on sam przez cały czas jej trwania nie marzy o niczym innym jak o powrocie do domu.
W powieści „Mała księżniczka” główna bohaterka podczas swojej podróży bohatera straciła wszystko, co miała. Z dziewczynki z bogatego domu stała się nagle mało poważaną i źle traktowaną służącą. Jej życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Kiedy na końcu powieści wszystko, co straciła, zostaje jej w cudowny sposób przywrócone i odzyskuje majątek ojca, co miałoby ją trzymać w okrutnym świecie służby?
To samo będzie tyczyło się wspomnianej już powieści „Skazani na Shawshank”. Jeśli „przygoda” wiąże się z uwięzieniem lub porwaniem bohatera, trudno sobie wyobrazić, że zapragnie on w tym stanie pozostać lub nie będzie próbował wyrwać się z niej przy pierwszej nadarzającej się okazji i nie oglądać się za siebie.
Magiczna ucieczka (wskrzeszenie)
Magiczna, czy też cudowna lub nieoczekiwana ucieczka odnosi się według Campbella do niespodziewanej pomocy z zewnątrz, którą bohater otrzymuje podczas starcia z wielkim złem czekającym na niego na końcu drogi bohatera. Co ważne, pomoc taka może być niespodziewana i magiczna, ale nigdy nieuzasadniona. Jeśli magiczna pomoc na samym końcu pojawia się jako element nieoczekiwanie nowy i nie poparty wcześniejszymi wydarzeniami, może być postrzegana jako naiwna i lekceważąca dla odbiorcy.
Przykładem niespodziewanej pomocy będzie na pewno to, co przytrafiło się Phileasowi Foggowi w powieści „W 80 dni dookoła świata” J. Verne’a. Kiedy bohaterom wreszcie udało się dotrzeć do domu byli przekonani, że cała ich podróż skończyła się fiaskiem. Dżentelmen przegrał zakład – zakładający, że przemierzy świat dookoła w równe 80 dni – o pięć minut. Stracił majątek i pozycję. Nie pozostało mu już prawie nic. Tymczasem nazajutrz jego wierny sługa wraca do domu z nieoczekiwaną wieścią, że nic nie jest stracone, bo w trakcie podróży bohaterowie zapomnieli o zmianie czasu podczas przekraczania kolejnych stref czasowych. Oznacza to, że przybyli do Londynu nie pięć minut za późno, a dwadzieścia trzy godziny i pięćdziesiąt pięć minut przed czasem!
Innym przykładem nieoczekiwanej pomocy znajdujemy w powieści „Jak wytresować smoka” C. Cowell (powieści, nie filmie – oba dzieła znacząco się od siebie różnią). Gdy główny bohater podczas starcia z wielkim złym smokiem trafia do jego paszczy i niewiele brakuje, żeby został przez niego pożarty. Wszyscy jego pobratymcy mogą jedynie bezsilnie obserwować to wydarzenie. Wtedy następuje coś, czego nikt by się nigdy nie spodziewał. Inny smok rusza chłopcu na pomoc. Smoki, owszem, dotąd zawsze służyły ludziom, podporządkowywały się im i wykonywały ich polecenia, ale słynęły też ze swojej arogancji i samolubności. Po żadnym z nich nikt nie spodziewałby się jakiegokolwiek aktu altruizmu z ich strony, szczególnie wobec człowieka. Mimo to zarozumiały i wredny Szczerbatek, kompletnie wbrew swojej naturze, rzuca się na pomoc swojemu panu.
Inną bardzo wyrazistą sceną magicznej ucieczki jest ta z filmu „Coco”, kiedy Miguel – główny bohater – dostaje niespodziewanie błogosławieństwo swojej prababki Ismeldy, dzięki czemu może powrócić ze świat umarłych do świata żywych. Kobieta, nieugięta wcześniej i zarzekająca się, że chłopca nigdy nie pobłogosławi, jeśli ten nie porzuci swoich pragnień o byciu muzykiem, mięknie pod wpływem wydarzeń i niemal w ostatniej chwili ofiarowuje mu możliwość powrotu do domu i spełnienia swoich marzeń. Niemal dosłownie dochodzi w tym momencie do wskrzeszenia Miguela.
Pomoc z zewnątrz
Jak wiemy z punku o odmowie powrotu, bywa tak, że bohaterowi naprawdę trudno wydostać się z miejsca, do którego zawiodła go droga bohatera, lub z przeżyć, jakimi go doświadczyła. Czasem nie jest w stanie sam się z niej wydostać, aby wrócić do swojego świata i normalnego życia (choć Campbell zastrzega, że przymus wewnętrzny też może pełnić rolę pomocy z zewnątrz). Czym różni się pomoc z zewnątrz od magicznej ucieczki i dlaczego gesty Szczerbatka i Ismeldy nię są pomocą z zewnątrz? Granica bywa w tym wypadku zatarta, jednak z założenia pomoc z zewnątrz jest czymś, co dzieje się już po ostatecznym rozprawieniu się ze złem lub osiągnięciu celu przez bohatera. To element, który pozwala wrócić do normalności, a nie jest kolejnym krokiem do zwycięstwa. Na tym etapie zwycięstwo już się dokonało, a pomoc z zewnątrz jest zwykle elementem przypadkowym i mogącym nie mieć większego związku z poprzednimi wydarzeniami. Dodatkowo pomoc z zewnątrz dzieje się za sprawą czegoś naturalnego i niewymuszonego. Byłaby tam niezależnie od dziejów bohatera i bez względu na to, czy i on by się tam pojawił w tym właśnie momencie i miejscu.
W powieści „Wielki marsz” S. Kinga główny bohater został tak ogromnie doświadczony przez to, co go spotkało, że niezdolny do wyrwania się z traumy gotów był kontynuować morderczy marsz nawet po jego zakończeniu. Choć w powieści się to już nie pojawia, czytelnik rozumie, że chłopak potrzebował potem pomocy innych (i najpewniej otrzymał ją), aby się zatrzymać i na dobre opuścić swoją „przygodę”.
Innym przykładem pomocy z zewnątrz są wydarzenia z opowiadania „Zgroza w Red Hook” P. Lovecrafta. Główny bohater – policjant Malone – przeżywa dramatyczne chwile w podziemiach domów, które ostatecznie zawalają się, zabijając wielu przebywających w nich ludzi. Nieprzytomnego Malone’a odnajduje w rumowisku grupa ratownicza i wydobywa go na powierzchnię.
W innym przyprawiającym o ciarki dziele, filmie „1408” na podstawie opowiadania S. Kinga o tym samym tytule, główny bohater samodzielnie wyłamuje się spod mocy zła mieszkającego w pokoju, w którym bohater został zamknięty. Niestety w jego wypadku ucieczka przed złem równałaby się z jego śmiercią, gdyż bohater podpala cały pokój (lub tylko siebie – w opowiadaniu). Wskutek tych wydarzeń czar pomieszczenia słabnie i na ratunek mogą przybyć bohaterowi ludzie spoza przeklętego miejsca – strażacy i inni goście hotelowi.
Przejście przez ostatni próg
Jest to moment ostatecznego powrotu do dawnego życia i pogodzenia się z konsekwencjami swojej wyprawy. Bohater musi czasem wyjaśnić swoją nieobecność i cuda lub wiedzę przyniesione z innego świata. Musi otrząsnąć się ze wszystkiego co złe i dobre spotkało go podczas jego podróży. Aspekt przekraczania progu powrotnego jest w większym stopniu związany z akceptacją tego, co się wydarzyło i jak z tym żyć, niż z fizycznym wymiarem drogi powrotnej.
Harry Potter z powieści J.K. Rowling regularnie po roku spędzonym w magicznej szkole Hogwarcie powraca do swojego niemagicznego wujostwa i musi zaakceptować ten stan rzeczy. Jego przygoda w zamku dobiega końca, a na niego czeka szara, niemagiczna rzeczywistość. Musi wytłumaczyć wujostwu obecność sowy i czarodziejskich przedmiotów, musi pogodzić się z tym, że już nie wolno mu czarować i przyszedł czas rozstania z przyjaciółmi. Zamykają się za nim drzwi przeżytych niezwykłości.
W powieści „Drakula” B. Stokera jeden z bohaterów, którym przyszło podjąć walkę przeciwko wampirowi, ubolewa nad tym, że pozostawione po ich doświadczeniach notatki, listy i nagrania nie są dość wiarygodne, aby świat był w stanie uwierzyć w to, że wydarzyły się naprawdę. Zupełnie jakby ich brak wiarygodności ujmował ich przygodzie, która z perspektywy czasu wydaje się istotnie trudna do uwierzenia. Na te rozterki jego przyjaciel Van Helsing odpowiada: „A po co nam dowody? Przecież nikt nam wierzyć nie musi”. Jest to reprezentacja dwóch zupełnie odmiennych podejść do kwestii tego, jak pogodzić się ze światem po przeżytych doświadczeniach. Z drugiej strony to właśnie Johnatan obdarował swoje dziecko imionami wszystkich członków ich wspólnej wyprawy, pragnąc pozostawić jej ślad w swoim życiu.
Jako przykład nieudanego przekroczenia progu powrotnego Campbell podaje przypowieść o Kamar az-Zamanie i księżniczce Budur. Pod wpływem demonicznych mocy zostali połączeni ze sobą na jedną noc i zakochali się w sobie do szaleństwa, ale kiedy rankiem odkryli, że ich wybranki/wybranka nie ma u ich boku, popadli w szaleństwo. Nie udało im się przekroczyć progu powrotnego i pogodzić ze światem po ich przygodzie. Ich pragnienie trwania w tym, co im zaoferowano, było zbyt silne.
Mistrz dwóch światów
Jest to element, który pokazuje, że bohater nauczył się przekraczać granicę obu światów, adekwatnie zmieniać punkt widzenia w zależności od tego, po której stronie się znajduje, jak również potrafi przestrzegać zasad jednego ze świata, nie naruszając zasad drugiego.
W filmie „Matrix” to mistrzostwo głównego bohatera jest doskonale widoczne. Nauczył się poruszać w świecie spoza symulacji, w której żył razem z większością ludzi na planecie, jak również opanował nowe umiejętności w samej symulacji. Nauczył się bez trudu obcować w każdym z tych światów.
Mniej widoczną, aczkolwiek nadal istniejącą granicę dwóch światów, widzimy chociażby w powieści „Duma i uprzedzenie” J. Austen. Elżbieta, urodzona w mniej znaczącej i uboższej rodzinie poprzez małżeństwo z panem Durcy wkracza w świat najwyższych sfer. I mimo oburzenia, jakie ten akt w niektórych wzbudza, doskonale do tego nowego świata pasuje. Nie zapomina jednak o tym, kim była i nie odwraca się od swojej biedniejszej rodziny. Przyjęła nową rolę w nowym miejscu, ale nie spaliła za sobą mostów, a wręcz wykorzystała swoją pozycje i możliwości do pomocy pozostałym siostrom.
Gru z filmu „Jak ukraść księżyc” zmienił się w konsekwencji przygód na jakie natrafił, ale ostatecznie nadal pozostał niezwykłym umysłem kierującym niezwykłym laboratorium. Nie przeszkadzało mu to jednak w zaakceptowaniu swojej nowo odkrytej natury pragnącej miłości i akceptacji trzech zaadoptowanych przez niego dziewczynek. Pozostał niezwykłym inżynierem, ale stał się jednocześnie troskliwym ojcem, czego wcześniej nigdy by się po sobie nie spodziewał.
Wolność życia
Wolność życia to stan, w którym bohater pojmuje, że życie będzie się toczyć dalej niezależnie od tego, co przeżył. Odkrywa, że w ludziach (bądź innych istotach żywych, o których jest opowieść) znajduje się pewna nieśmiertelna cząstka, która jest w stanie przetrwać to, co bohater ma za sobą, ale też pewnie i wiele więcej. Czy będzie to istotnie dusza, czy wola walki o lepsze jutro, czy jakakolwiek wzniosła cecha, która miała być w powieści podkreślona i która zatryumfowała, bohater przekonuje się, że jest to coś niezniszczalnego i ponadludzkiego, co zawsze ostatecznie będzie zwyciężać. Można na to spojrzeć jak na sposób przekonania czytelnika, że wszystko będzie dobrze.
Może to być widok lasu odradzającego się po pożarze i świadomość, że życieprzetrwało, może to być nowe społeczeństwo wykwitające po trudnych czasach wojen i pól bitewnych zasłanych trupami.
W powieści „Małe kobietki” jest to przekonanie, że bycie dobrym, uczciwym i chcącym zmieniać się na lepsze jest tym, co sprawia, że świat staje się doskonalszym miejscem do życia.
W książce „Zabić drozda” jak również w filmie „Dwunastu gniewnych ludzi” będzie to przeczucie, że świat zmierza w nowym kierunku – lepszym i pozbawionym uprzedzeń do innych ras. Widzimy wyraźnie, że jest to droga długa i wyboista, ale zarówno bohaterowie jak i odbiorcy widzą światło w tunelu.
Podsumowanie
Monomit J. Campbella to sposób na opowiedzenie pełnej, satysfakcjonującej i pouczającej opowieści. Takiej, która byłaby zrozumiała dla wszystkich, uniwersalna i ponadczasowa. Bohater literacki dla Campbella jest sposobem wyrażenia ludzkich potrzeb, pragnień i woli przezwyciężenia swoich słabości. Opowieść o nim ma być nie tylko ciekawą historią, ale także opierać się o problemy ludzkiej natury – te uświadomione i te nieuświadomione – zmuszać do refleksji oraz poszukiwać odpowiedzi na pytania o świat i nas samych.
Czy muszą to być w takim razie dzieła wyniosłe i ponure? W żadnym wypadku. Wtedy nie byłyby uniwersalne. Powinny jednak być przemyślane do tego stopnia, żeby autor wiedział, co chce nimi wyrazić. Dzieci na całym świecie kochają Kopciuszka, Królewnę Śnieżkę, Zygzaka McQueena czy Totoro. Każda z tych opowieści ma jednak za zadanie nie tylko umilić młodym ludziom czas, lecz również nieść ze sobą jakieś przesłanie. Dobro popłaca, pomaganie innym jest ważne, warto wierzyć w siebie i pracować na to, w co się wierzy. Każda z tych opowieści będzie solidnym monomitem tak samo jak „Siedmiu samurajów”, „Rocky”, „Interstellar” czy „Diuna”.
O czym pragnę przypomnieć raz jeszcze na samym końcu, żadne dzieło, które ma zamiar opierać się o strukturę drogi bohatera, nie musi zawierać sobie wszystkich siedemnastu elementów wymienionych w swojej pracy przez Campbella. Kiedy spojrzymy na proponowany przez niego schemat zauważymy, że najważniejsze elementy to: wezwanie do wyprawy, pomocnik, próby, pomocnicy, ucieczka oraz eliksir. Wszystko to przedzielone progiem wyprawy. Wszystko inne jest wielkim workiem archetypów, z którego autor może wybierać to, co uważa za słuszne i potrzebne w jego opowieści. Jak pisze sam Campbell:
„Zwycięstwo to może być przedstawione jako związek seksualny bohatera z boginią-matką świata (święte małżeństwo), uznanie go przez ojca-stwórcę (pojednanie z ojcem), jego święcenie (apoteoza) albo też (…) kradzież dobra, po które przybył (porwanie narzeczonej, kradzież ognia)”.
„Albo” jest w tym zdaniu kluczowe. Próba analizy rozmaitych dzieł pod kątem doszukiwania się w nich wszystkich tych elementów, w dodatku (o zgrozo) koniecznie w kolejności chronologicznej tak, jak zostały wypunktowane przez Campbella, może zakończyć się albo niepowodzeniem, lub analizą groteskową i trącącą nienaturalnością.
Na sam koniec warto jeszcze zauważyć, że schemat drogi bohatera, który utrwalił się i jest najczęściej powtarzanym schematem nie do końca jest dziełem Campbella. Jego struktura zawiera siedemnaście punktów, gdy struktura na którą można natknąć się najczęściej, ma ich zaledwie dwanaście. Skąd ta różnica. Ano stąd, że dwunastopunktowa droga bohatera to struktura zupełnie innego twórcy – Christofera Voglera, o którym napiszę zapewne innym razem.
<p>Przegląd tekstów ze zbiorów wydawnictwa Planeta Czytelnika oraz antologii "Harde Bestie"</p>
Zacznę od antologii Planety Czytelnika. W tym roku wyszły dwie: „Niedobrzysko" i „Odmęt".
„Niedobrzysko", antologia bizarro, skupia w sobie wszystko co dziwne, niepokojące, niespotykane i ogólnie rzecz biorąc odstające od normy. Nie będzie to pozycja dla każdego, bo na pewno wielu czytelników nie odnajdzie się w takich pokładach absurdu. Jeśli mam komuś polecać tę antologię, to tylko miłośnikom gatunku. Niemniej są opowiadania z tego zbioru, które chętnie wyróżnię. Są to:
„Mule z kolędą" H. Jarzębowski
Lubię to opowiadanie za jego ironiczny i prześmiewczy wydźwięk, bardzo sprawnie zrównoważony z toczącą się dookoła fabułą. Wywlekanie na wierzch hipokryzji i obłudy bohaterów na równi z tęsknotą i zagubieniem w świecie.
„Opossum ex machina" M. Rojek
Nie ukrywam swojego zamiłowania do tematu chorób psychicznych, a jeszcze jak jest to ubrane w realizm magiczny, to niczego więcej mi nie potrzeba. No i ja strasznie lubię oposy… Zebrawszy to wszystko do kupy, mogę w tym wypadku nie być obiektywnym recenzentem, co nie zmienia faktu, że czytało mi się to dobrze.
„Ostatnia kropla bitewnego złota" K. Mikołajczyk
Tekst tak pełen absurdu, że granica jego tolerancji jest dla mnie przekroczona już na pierwszych stronach. Tym samym nastawiam się już jedynie na twórczość z kategorii filmów klasy Z. A skoro tak, to już nic mnie nie dziwi i pędzę z wikingiem na gadającym rowerze przez świat, aby spotkać stwórcę. A co!
Co się tyczy antologii „Odmęt", to mam pewien problem. Większość znalezionych tam opowiadań jest całkiem w porządku, ale mało było takich, które naprawdę mnie poruszyły. Klimaty morskie bardzo lubię. Piraci, potężne podmorskie byty, sztormy, lodowe krainy… Obiecujące. A jednak całość miała niewiele naprawdę wyjątkowych pozycji. Niemniej jednak postaram się wyłuskać te najlepsze:
„Zwiędłe kwiaty Chyloni" M. P. Kadlec
„kwiaty…" są zdecydowanie jednym z moich ulubionych opowiadań w tym zbiorze. Proste, intrygujące, klimatyczne. Niby nie ma w tym tekście nic odkrywczego, a jednak pozwala zanurzyć się w sobie i płynąć ze słowami. W moim odczuciu bardzo udany kawałek literatury, choć nie ukrywam, że robi trochę wrażenie bycia preludium do czegoś dłuższego.
„Sześć morskich śmierci z Eudory" K. Rewiuk
To opowiadanie bardzo wyróżnia się formą, a mi wyjątkowo przypadło to do gustu. Jest ono bowiem muzealnym przewodnikiem po eksponatach i historiach, które należało upamiętnić. Tym samym przenosimy się w odległe światy i od podszewki poznajemy niezwykłą opowieść o… śmierciach z Eudory. Jak z nimi walczyć? Czym grozi spotkanie z nimi? Kto odważyć się zgłębiać ich tajemnice? Cóż, wszystko jest w przewodniku! Tekst bardzo udany i wcale nie nużący, pomimo wybranej, dość trudnej formy.
„Pieśń pod światem" R. Łoboda
Inuici i gniew bogów, których trzeba obłaskawić. Dostajemy w opowiadaniu podróż przez świat nieprzeznaczony dla ludzi. Jest mroźno i nieprzewidywanie, kiedy grupa śmiałków zapędza się w miejsce, z którego nie ma powrotu, aby robić rzeczy niemożliwe. Jest w tym tekście poszukiwanie sprawiedliwości i przeznaczenia, a wszystko zanurzone w legendy dalekiej północy.
Z zaciekawieniem spoglądam teraz na zapowiedzi Planety Czytelnika na rok 2025, bowiem tym razem antologii ma być znacznie więcej, a ich tematy przewodnie wydają się obiecujące. No i nie można przemilczeć faktu, że antologii Planety Czytelnika mają fantastyczną oprawę graficzną, co niezwykle uprzyjemnia czytanie.
„Harde Bestie" to ostatnia antologia z 2024 roku, którą mam przyjemność opisywać. Nie ukrywam, że jest to pierwsza antologia grupy Harda Horda, która wpadła w moje ręce. Niemniej jednak mam wrażenie, że będzie też ostatnią…
Być może moje oczekiwania względem tej antologii były znacznie wyższe niż w przypadku innych zbiorów, no ale, hola! Toż to są autorki z sukcesami, grupa z renomą, jakość sama w sobie, prawda? No więc niekoniecznie.
Po przeczytaniu zbioru jeszcze bardziej skłaniam się ku twierdzeniu, że zbieranie tekstów do wydania bez żadnej selekcji to nie jest najlepszy pomysł. Nie wiem w prawdzie, czy w tym wypadku teksty były obiektywnie przez kogoś oceniane przed przyjęciem, ale mam wrażenie, że nie. Trochę tak, jakby część autorek po prostu rzuciła, co tam miała pod ręką, żeby złapać się do wydania. Przykro mi to pisać, ale naprawdę część opowiadań czytało mi się z bólem, a znowuż inne zdawały się być pisane nie do przypadkowego czytelnika, a pod konkretną grupę czytelniczą tej lub innej autorki.
No, ale dość narzekań i skupmy się na tym, co naprawdę dobrze się czytało, bo o tym lubię opowiadać najbardziej:
„Hej kolęda" M. Kisiel
To było bardzo dobre opowiadanie rozpoczynające cały zbiór. Ciekawe, poruszające, budzące dużo emocji. W dodatku bestia, która się wreszcie pojawia, jest odpowiednio wyczekiwana i zasłużona. Chciałoby się więcej takich bestii w życiu, bo kto nie słyszał o ludziach, którym się one należą?
„Z owczarka wystawała stopa" A. Kańtoch
Dopiero co w ostatnim wpisie wymskło mi się, że Ania na mojej liście lektur pojawiła się w tym roku po raz pierwszy i cieszę się, że również w formie opowiadań. „owczarek…" w prawdzie nie jest fantastyką, ale to bardzo dobry kryminał i zasługuje na zauważenie.
„Kukułka" A. Zielińska
Ten tekst przywodzi mi na myśl niejeden krótki horror, który zdarzyło mi się obejrzeć. Być może w tym opowiadaniu więcej jest smutku i ludzkich podłości niż grozy, ale akurat od jednego do drugiego czasem jest naprawdę nieduży krok. Opowiadanie zwarte i udane.
„Kikituk" M. Raduchowska
Po raz kolejny w zestawieniu z tego wpisu wracamy do klimatów północy i ludzi lodu. Tym razem jednak udało się upchnąć w to jeszcze najprawdziwsze smoki. Tekst bardzo mi się podobał, bo kto nie lubi spełnionej zemsty i zwycięstwa tego co słuszne nad tym co podłe?
„Dlaczego nie ma klanu kruka" Aleksandra Janusz
Opowiadanie na wielu płaszczyznach przypomina wymienione wcześniej „Kikituk". Ono również mi się podobało, ale w zasadzie sprowadza się do tego samego, o czym była mowa wcześniej.
To tyle z mojej strony w kwestii ostatnich przeczytanych przeze mnie antologii roku 2024. Planuję w kolejnym wpisie zabrać się jeszcze za publikacje internetowe i mam nadzieję, że do końca tygodnia uda mi się zamknąć minione dwanaście miesięcy.
Rok 2024 był dla mnie chyba jednym z najowocniejszych książkowo. Jeśli mam osadzić siebie w jakimś punkcie załączonej grafiki to zdecydowanie będzie to faza siódma. Od jakiegoś czasu wracam do intensywnego czytania i nie ukrywam, że przekonanie się do audiobooków bardzo ten proces ułatwia. Bardzo wiele czasu spędzam poza domem w ruchu, a możliwość jednoczesnego załatwiania spraw codziennych i korzystania z literatury jest dla mnie nieoceniona przy napiętym planie dnia.
Co w takim razie udało mi się w tym roku pochłonąć? W sumie to 32 książki (pomijając antologie opowiadań)! Mi się ten wynik podoba!
A więc po kolei:
S-f:
„Dzika karta" i „Gra o sumie niezerowej" M. Cholewa – Bardzo się cieszę, że udało mi się ten cykl skończyć. Ba! Strasznie się cieszę, że w ogóle pojawił się w moim życiu. Była to naprawdę dobra literatura s-f na wysokim poziomie.
„Druciarz galaktyki" P. Dick – Krótka powieść, która chyba trochę mnie zmęczyła.
„Natychmiast to skasuj" K. Hildebrand – Świetny kawałek cyberpunka! Bardzo dobry debiut literacki. Dobrze zbudowany świat, ciekawe postaci, sprawnie zawiązana fabuła. I wszystko to osadzone w Warszawie przyszłości.
„Lagrange. Listy z Ziemi" I. Vizvary – I co ja mam o tym powiedzieć? Obserwuję zachwyty i rozpływanie się nad tą powieścią i zupełnie nie umiem ich podzielić. Zmęczyło mnie to, zniesmaczyło, rozczarowało.
„Bez przypadku" R. Kosik – Intrygi, akcja, technologia. Kolejny całkiem udany kawałek cyberpunku.
Groza:
„Szczelina", „Strach" i „Głód" J. Karika – Karika jest moim kolejnym miłym odkryciem tego roku. Krótkie treściwe i ciekawe powieści z dreszczykiem.
„Dom z Liści" M. Z. Danielewski – Rozumiem, że to nie jest książka dla każdego. Jest dziwna, niepokojąca, specyficzna. Niemniej jednak jest to książka dla mnie! Zahipnotyzowała mnie swoją nieprzeciętną formą.
„Szpital Filomeny" G. Masterton – Pierwsze spotkanie z twórczością Grahama. Nie wiem, czy to był dobry wybór, bo jej klimat zupełnie nie trafił w moje gusta.
Fantastyka polska:
„Ostatnie życzenie" i „Sezon burz" A. Sapkowski – Tak mi się wymarzyło przeczytać jeszcze raz sagę i… no i trafił mi się „Sezon burz", wcześniej przeze mnie nieczytany.
„Morza wszeteczne" M. Mortka – Dlaczego ten autor nie trafił wcześniej w moje ręce? Lekkie, humorystyczne, świetne na przerwę od rzeczy poważnych i ciężkich.
„Agla. Alef" i „Agla. Aurora" R. Rak – Cholernie podoba mi się świat stworzony przez Radka w tej serii. Naprawdę go uwielbiam. Czego nie lubię w tych książkach to… postaci.
„Dwie i pół duszy" J. Hankus – Folk noir. Bardzo ciekawa i udana powieść.
„Granty i smoki" i „Wszystkie drogi prowadzą" Ł. Kucharczyk – Kolejne humorystyczne fantasy na polskim rynku!
Fantastyka zagraniczna:
„Atlas chmur" D. Mitchell – Jedna z tych książek, które trzeba było w końcu zdjąć z kupki wstydu.
„Proces" F. Kafka – Nadrabiam klasykę!
„Wielki marsz" R. Bachman – Kolejny tytuł, który przecież „każdy zna"… poza mną.
„Droga" C. McCarthy – Ponownie w tym roku spotykam znanego pisarza po raz pierwszy. Cieszę się z tego spotkania, bo sposób pisania Cormaca bardzo mi się spodobał.
„W 80 dni dookoła świata" J. Verne – Uwielbiam Verne'a i wracanie do niego to w sumie sama frajda.
„Zanim wystygnie kawa" vol 1 i vol 2 T. Kawaguchi – Pomysł ciekawy, ale nudzi się bardzo szybko.
Pozostałe:
„Schronisko, które przestało istnieć" S. Gortych – Książka chodziła za mną już od jakiegoś czasu. Wiadomo – góry.
„Samotnia" A. Kańtoch – Kolejny kryminał, choć w rzeczywistości sięgam po nie rzadko.
„Konklawe" R. Harris – Gwoli zasady, którą próbuję się kierować: najpierw książka, potem film.
„Kwiaty dla Algernona" D. Keyes – Absolutne cudo! Cieszę się, że tak stara książka nadal żyje i jest polecana. Poruszająca i dająca wiele do myślenia.
Reportaż:
„W ciemnej dolinie" R. Kolker – Ciekawe wejrzenie w świat chorób psychicznych, a przy okazji niezwykła historia bardzo dużej rodziny.
„Żeby umarło przede mną" J. Hołub – Przejmujące zeznania matek, którym przyszło wychowywać w Polsce niepełnosprawne dzieci.
I tym ponurym akcentem przyszło mi zakończyć tegoroczną listę. Tymczasem z moich krótkich obliczeń wynika, że obecnie mam rozpoczętych aż cztery różne książki i… nie wiem nawet, jak to się stało.
Dwanaście opowiadań na dwanaście numerów – przegląd najciekawszych polskich tekstów z łamów Nowej Fantastyki w 2024 roku.
Nowa Fantastyka – czasopismo z historią i tradycjami. Powieści i opowiadania fantastyczne publikuje na swoich łamach od 42 lat! 42 to oczywiście najdoskonalsza z liczb, więc z tej okazji zaglądam do wszystkich polskich opowiadań opublikowanych w mijającym roku na łamach Nowej Fantastyki. A co tam się znalazło? Kilka perełek na równi z kilkoma dużymi rozczarowaniami. Nie ukrywam, że nierówność znajdowanych tam opowiadań zdumiewa mnie już od kilku lat. Teksty naprawdę świetne przeplatają się z opowiadaniami tak męczącymi, że czasem nie mogę ich nawet skończyć. Skąd taka dysproporcja? Nie wiem. Niemniej jeśli ktoś ma ochotę z tymi najciekawszymi się zapoznać, poniżej – ponownie – przedstawiam moją listę najlepszych. Dwanaście opowiadań na dwanaście numerów.
„Bies kwantowy" M. Modrzyńska (nr 01/24)
Raczej nie gustuję w fantastyce słowiańskiej (może przez jej przesyt, a może przez to, że za dużo złych tekstów w tym klimacie zdarzyło mi się czytać), ale to opowiadanie było całkiem udane. Ponury noir z nieuniknioną śmiercią i wyrzutami sumienia w tle.
„Ogród nowego wczoraj" A. Bednarska (nr 03/24)
To opowiadanie (jak zresztą większość tekstów Aleksandry) zrobiło na mnie bardzo duże wrażenie. Nieoczywistość, niedomówienia, nuta niepokoju, niespełniona miłość i o co w tym wszystkim właściwie chodzi? Być może „Ogród…" jest kolejnym tekstem, który uderzył w jakieś moje prywatne, czułe struny, ale urzekł mnie zarazem niepokojąco i intrygująco niejasnym zestawieniem wydarzeń, jak i swoim cichym tragizmem. Zapamiętam go, jako bardzo udany, choć smutny tekst.
„Pięć posklejanych pająków" M. Brzozowski (nr 04/24)
Ciekawe podejście do tematu chorób psychicznych. Jeśli to faktycznie jedno z wielu opowiadań w tym uniwersum, to koniecznie muszę sprawdzić pozostałe. Dobrze skonstruowany tekst, ciekawe postaci (choć co do niektórych mam pewne zastrzeżenia), no i pomysł, który daje całemu temu światu niesamowitą dynamikę.
„Pan nie żyje, panie Johansen" D. Kordowski (nr 04/24)
Opowiadanie przyciąga od pierwszych akapitów. No cóż, nie zawsze główny bohater umiera już na samym początku. Potem miejscami akcja rozciąga się nieco i na powrót nabiera tempa, niektóre jego elementy są bardziej inne mniej udane, ale jako całość, tekst wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie. Na myśl przywodził mi od pewnego momentu film „Zakochany bez pamięci", który uwielbiam, być może dlatego też to opowiadanie spodobało mi się tak bardzo. Z drugiej strony trafiło w moje ręce wiele opowiadań, które nieudolnie starały się na czymś wzorować i im to zwyczajnie nie wychodziło. Nie twierdzę, że autor faktycznie planował jakikolwiek związek z wymienionym filmem. Zauważam zwyczajnie, że pojawiają się podobne, bardzo udane zabiegi.
„Magia u kresu" A. Filimonowicz (nr 05/24)
No i znów wychodzi na to, że mam słabość do tekstów dalekich od młodzieżowych. Może jestem już starym człowiekiem, który lubi czytać o innych starych ludziach i ich problemach rodzinnych? A może po prostu spodobało mi się kolejne ciekawe podejście do tematu magii? No właśnie, bo co jeśli z magią jest jak z prawem jazdy i ludziom w pewnym wieku i z pewnymi problemami powinno się jej już zabronić? Dziękuję autorce za próbę odpowiedzenia na to: „a co, gdyby…".
„Podarek" S. Stoczek (05/24)
Tekst jest prosty, ale w swojej prostocie udany i ciekawy. Bardzo wprawnie nakreśleni bohaterowie, o których wiemy bardzo dużo już z prostych ich przedstawień. Wyraziści i czytelni. Doskonale rozumiemy skąd kolejne intrygi, skąd wzajemne niechęci i knowania. Jednocześnie nie ukrywam, że wyobrażenie sobie przedstawionego świata sprawiało mi duży kłopot. Z jednej strony opis był niezwykle wyraźny, z drugiej jednak ten świat zupełnie nie potrafił mi stanąć przed oczami. Być może jeszcze jedno czy dwa opowiadania w tym klimacie pomogłyby to sobie lepiej ułożyć w głowie?
„Na skraju deszczu" M. B. Łukasiewicz (nr 06/24)
No cóż, kolejny tekst o starych ludziach… Z tym opowiadaniem mam ten problem, że wydaje mi się, iż o dobrą ćwierć objętości można by je skrócić. Jest to jednak jedna z niewielu jego wad. Podobało mi się zawzięcie głównej bohaterki i fakt, że wreszcie doczekaliśmy się „domyślnego dżinna", a wypowiedziane życzenie zostało zinterpretowane dokładnie tak, jak wypowiadający tego chciał. Życzenie proste i złożone zarazem, które niezwykle mi się podobało. Tylko czy my faktycznie chcemy dostać to, o czym marzymy, czy chcemy jedynie marzyć?
„Ciepło jej dłoni" P. Wącławski (nr 07/24)
Kolejne pogmatwane opowiadanie, które należy sobie na spokojnie złożyć do kupy. Intrygi, knowania, niepokoje, rozboje i niepewność, skąd to wszystko się wzięło i dokąd zmierza. Ciekawe spojrzenie na zagadnienia, które wydawały się już oklepane, a do tego czarny rynek wspomnień, które można sobie aplikować jak narkotyki. Na drugiej szali siła, która wspomnienia bezpardonowo kradnie. Ciekawy tekst.
„Supły" P. Wanarska (09/24)
Opowiadanie splata w sobie losy dwójki zupełnie różnych od siebie bohaterów. A mimo to, na przekór ich odmienności, łączy ich więcej niżby oboje chcieli przyznać. Nie ukrywam, że bohaterowie tego opowiadania mnie bardzo drażnili, ale w dziwnym, dobrym tego słowa znaczeniu. Byli autentyczni w tym co robili i choć ich zachowania nie bardzo mi się podobały, to autorka przekonała mnie, że to jest dokładnie to, co te postaci w tej sytuacji miały robić. Tacy byli i takie były ich losy. Dodatkowo nie ukrywam, że trudno mi było dojść do zakończenia tego tekstu, a kilka moich założeń ostatecznie się i tak nie sprawdziło, co również było miłym zaskoczeniem. Opowiadanie z pewnością udane i bardzo ciekawe.
„Drugi człowiek" M. Kolenda (nr 08/24)
Świetne opowiadanie s-f. Ponure i przepełnione smutkiem i samotnością, a jednak niezwykle poruszające. Główny bohater nie ma wyjścia ze swojej sytuacji, nie ma nawet szansy decydowania o swoim losie. Wszystko już postanowiono i nic, co zrobi, nie zmieni ani jego sytuacji, ani biegu wydarzeń. Obserwowanie jego zmagań i śledzenie jego historii jest bardzo ciekawym doświadczeniem, w którym czasem można się przejrzeć jak w krzywym zwierciadle. Do tego bardzo udana, choć równie pesymistyczna puenta.
„Pięć z wielu śmierci Dymitra Iwanowicza" A. Bednarska (nr 08/24)
Cieszę się, że w tym roku dostaliśmy w Nowej Fantastyce aż dwa teksty Aleksandry i tym bardziej się cieszę, że udało mi się oba przeczytać. Kolejne niedopowiedzenia, sploty dziwnych zdarzeń, zderzenia nieoczywistych postaci. I jakkolwiek opowieść z początku wydaje się zwykłą spowiedzią bohatera, który za pomocą rozmaitych i niezależnych od siebie zdarzeń dotarł tu i teraz, tak w końcu przekonujemy się, że każde z tych zdarzeń to element bardzo dużej, ale zwartej układanki. Naprawdę udany tekst.
„Jevgeni Krykanov u carskich wrót" M. Głowacki (nr 11/24)
Ciekawy i dynamiczny tekst, mający w sobie klimat dawnych powieści. Udręka twórcy zmagającego się z brakiem inspiracji do pracy w połączeniu z otoczeniem, które mu w niczym nie pomaga daje ciekawą mieszankę. Czas leci, deadline się zbliża a kłód pod nogami coraz więcej, szczególnie kiedy w grę zaczynają wchodzić szelmostwa autochtonów. Podobała mi się dynamika zakończenia tekstu i to, jak zręcznie udaje się bohaterowi wywinąć z tarapatów. Zwinnie utkany klimat ponurej, opuszczonej przez Boga ruskiej wsi skapuje z każdej strony tekstu.
Wymienione przeze mnie teksty oczywiście nie są jedynymi dobrymi tekstami, które ukazały się na łamach Nowej Fantastyki w tym roku, ale były tymi, które chcę wyróżnić. Tych dwanaście opowiadań poruszyły mnie, wzruszyły, zainspirowały, dały do myślenia i zachęciły do rozmowy o nich bardziej niż inne. I oby więcej takich Nowa Fantastyka dała nam w przyszłym roku!
<p>Przegląd najlepszych opowiadań opublikowanych w 2024 roku przez Fantazmaty – od nieszczęśliwej miłości po postapo.</p>
Przy opisywaniu antologii Twórców nie było z mojej strony ukrywania faktu, że jestem członkiem tamtego projektu. Nie będzie tak również w przypadku Fantazmatów. Nie wydaje mi się, żeby mimo to można mi było zarzucić faworyzowania opowiadań publikowanych przez którąkolwiek inicjatywę. Postrzegam siebie raczej jako wymagającego czytelnika, a opowiadania wydawane przez Fantazmaty poznaję zwykle już na etapie recenzji. Z czystym sumieniem stwierdzam, że nasi recenzenci rzadko kiedy bywają pobłażliwi. Tym samym uważam, że te, które przez recenzenckie sito już się przebiły, na publikację zasłużyły. Uczciwie spróbuję mimo to wybrać teksty, które podobały mi się wyjątkowo.
To zaczynamy!
„Na zawsze, do jutra, już nigdy" oraz „Kocha, lubi, zgubi"
Łączę te dwa tomy, ponieważ są to teksty z jednego naboru – nieszczęśliwa miłość. Nabór cieszył się wyjątkowym zainteresowaniem i powstały z niego dwa wyjątkowe tomy opowiadań. Kilka z nich szczególnie zapadły mi w pamięć i uważam, że na szczególną uwagę zasługują. W losowej kolejności są to:
1. „Ubezpieczenie od miłości" M. A. Sakowska
Jest to tekst, który urzekł mnie swoją dojrzałością. Jest uderzająco dobitny w swoim przekazie i brutalny, a zarazem piękny i smutny. Odciska się na nim piętno przeżyć, z którymi prawdopodobnie prędzej czy później większość z nas będzie mogła się utożsamić, nawet, jeśli bardzo tego nie chcemy. Jest o życiu.
2. „Poszukiwacze zaginionego związku" M. Kimak
No dobra, to jest opowiadanie, pisane mocno pod moje gusta. Ten tekst był po prostu tak bardzo dla mnie, że nie mogę go pominąć w subiektywnie najlepszych. Miłość, nienawiść, akcja, strzelaniny i tajemnicze artefakty – czego chcieć więcej?
3. „Fałszywa melodia" K. Wierzbicka
Za pomysł, piękne opisy, zmysłowość i wszystkie dźwięki, które rozbrzmiewały mi w głowie podczas czytania. Podoba mi się forma i wiarygodność przedstawionych postaci. Żadnych super mocy bohaterów; w zamian za to raczej mikro moce ze swoimi subtelnym wpływem na rzeczywistość i ogromnym wpływem na ich posiadaczy. Błogosławieństwo czy przekleństwo? A może granica jest za cienka, żeby to jasno określić?
4. „Oksytocyna" M. Klasa
„Oksytocyna" zrobiła na mnie ogromne wrażenie już podczas pierwszego czytania. Nie mam zamiaru ukrywać, że ten tekst przeszedł przez moją redakcję, ale stało się tak właśnie dlatego, że urzekł mnie już na etapie recenzji. Gdy przychodziło mi czytać go raz po raz podczas redakcji, nigdy mi się nie nudził i każde kolejne czytanie było przeze mnie przyjmowane z entuzjazmem. Jest to po prostu dobre i intrygujące opowiadanie o bardzo nieoczywistym, acz satysfakcjonującym zakończeniu. Budzi niepokój swoją dziwacznością, ale zwinnie prowadzi nas przez wszystkie swoje dziwaczności. Za głównym bohaterem przemykamy od scenerii do scenerii, goniąc za wspomnieniami i prawdą, a gdy docieramy do końca… No właśnie. Czy można już wtedy odetchnąć z ulgą?
5. „Rycerz, panna i wielka niedźwiedzica" B. Kaczyńska
Pięknie napisany i urzekający tekst. Baśń, przypowieść, przestroga? Pamiętam, że z początku opowiadanie wydawało mi się ciężkie i trudne, ale im dalej w las, im bardziej czytelnik zagłębia się w tę opowieść, tym większą i pełniejszą satysfakcję ona daje. Zdecydowanie bardzo udany tekst o niesamowitym klimacie.
Pozostałe, które wyjątkowo zapadły mi w pamięć:
„Pakt" I. Grabda
„Miliardy" A. Barcikowski
„Dmuchawce" M. i M. Siwiak
„Pomarańczowa parasolka" A. Knap
„Entropia" E. Raj
„Zakręt" M. B. Łukasiewicz
Z trudem powstrzymuję się, żeby zwyczajnie nie przekleić tu spisu treści, bo to są dwa naprawdę dobre tomy opowiadań!
„Gastronomicon"
Mam pewien problem z „Gastronomiconem", ponieważ mam wrażenie, że ten zbiór opowiadań jest bardzo dobry jako zwarta całość. Wszystkie teksty zmieszane, doprawione sobą nawzajem, ukiszone we własnym sosie i spożyte jako jeden posiłek zdają się najlepszym przepisem. Każdy był uczciwie przesycony smakiem, a aspekt kulinarny był w tekstach bardzo wyraźnie nakreślony. No ale niech będzie, mam wybrać moim zdaniem najlepsze, to to zrobię:
1. „Truskawkowy amok" K. Banach
To zdecydowanie mój faworyt tego zbioru. Opowiadanie przenosi nas w prawdziwe „World War Z" Maxa Brooksa, którego źródłem są… te paskudne, importowane truskawki. Mam lekkie poczucie, że można by było poeksperymentować z zakończeniem, ale tak czy inaczej, opowiadanie bardzo dobrze mi się czytało.
Pozostałe, które wyjątkowo zapadły mi w pamięć:
„Ości" J. W. Gajzler
„Bateria" R. Dąbrowski
„Jadłodajnia dietetyczna" M. Podolska
„Stypendia i olbrzymy" Ł. Kucharczyk
„Fantazmaty 4"
Kolejny tom opowiadań różnych, niezwiązanych ze sobą motywem przewodnim. Pozostałe trzy dały nam moc bardzo ciekawych tekstów, a i tutaj można znaleźć perełki. W tym zbiorze wyjątkowo dominują opowiadania s-f i groza, więc jeśli ktoś szuka czegoś w tym klimacie, to tutaj to znajdzie.
1. „Krótka instrukcja obsługi Pana" K. Matkowski
Świetne rozpoczęcie zbioru. Ba! Świetny tekst w ogóle. Dziwne, niepokojące, a zarazem intrygujące s-f. Bohaterów, jak jeden mąż (haha) nie sposób nie polubić. Zarówno Pan jak i cała jego świta są niezwykle ciekawymi postaciami. W dodatku oferują nam moc rozważań nie tylko nad swoją własną moralnością, ale również nad klasycznymi rozważaniami o granicach transhumanizmu. Zdecydowanie jest to tekst, którego lepiej nie przegapić.
2. „A światłość w ciemności sczerwienieje" J. Bogusławski
S-f które próbuje zaprowadzić nas tam, gdzie już nic nas nie czeka. Tam, gdzie mało który tekst kosmiczny się w ogóle zapuszcza. Bohaterowie zapędzili się w miejsce, z którego nie ma już ani drogi naprzód ani odwrotu, a w swoim pędzie, zupełnie zapomnieli, po co to wszystko. No właśnie, po co? I co czeka nas na końcu?
3. „Uchodźca" E. Strun
Jeśli ktoś nie może się zdecydować, czy woli s-f czy grozę to „Uchodźca" nie każe nam wybierać. Dostajemy dwa w jednym. Tekst w pierwszym odruchu na myśl przywodzi „Koniec dzieciństwa" A. C. Clarke. Skręca jednak w zupełnie inną stronę, bo przybyli obcy to przecież tylko biedni uciekinierzy, którzy szukają u nas schronienia. Niczego więcej od nas nie chcą, jak tylko żyć spokojnie. Prawda?
„Na zgliszczach"
Jest to kolejny w całości świetny zbiór opowiadań i w zasadzie jeśli mam wymienić wszystkie dobre teksty z antologii mogę zwyczajnie przepisać spis treści. Z bólem postaram się jednak wybrać subiektywnie trzy najlepsze. W zupełnie losowej kolejności będą to:
1. „Drzewa życia" P. Wanarska
Udany, zwarty i ciekawy tekst. Podoba mi się jego wielowątkowość, dobrze skondensowana w, bądź co bądź, krótkiej formie literackiej. Miłość, intrygi, polityka, szemrane eksperymenty naukowe…Tekst jest bogaty w treść, Gdańsk jest bogaty w ruiny, a bohaterowie ubodzy w nadzieję na lepsze jutro.
2. „Człowiek z maszyny" B. Zambrzycka
No Łódź, no… Tekst wyjątkowo przypadł mi do gustu z uwagi na swój mechaniczny, steampunkowy klimat, który wycieka z każdej strony opowiadania. Niezwykle ciekawa wizja, w bardzo udany sposób przelana na papier.
3. „Długość dźwięku przeciętności" K. Matkowski
Tekst o apokalipsie innej niż zwykła. Jest niepokojący i nieprzyjemnie swędzący pod skórą, bo daje nam złudzenie, że taka apokalipsa jest bliżej niżbyśmy chcieli. A zdarzyć się może nie tylko w Opolu, ale na całym świecie. Zdaje się wręcz, że autor w pewien sposób drwi ze współczesnego społeczeństwa, sugerując, że to już. Niezauważenie i konformistycznie ściągamy na siebie zagładę, której nie jesteśmy w stanie nawet dostrzec.
Dla ciekawych pozwolę sobie wymienić, jakich miast dotyczą pozostałe teksty ze zbioru:
„Bezimienne dusze" A. Killman – Katowice
„Kurort Makabra" B. Zosiuk – Zamość
„Era Wodnika" M. Owczarek – Wrocław
„Muzeum XX wieku" T. Niziński – Warszawa
Fantazmaty nie zawodzą i mam nadzieję, że tak zostanie na zawsze. Dostaliśmy od nich w tym roku moc świetnych tekstów, a moja wiara w polskich autorów rośnie z każdą kolejną antologią tej grupy wydawniczej.
Umyślnie pomijam w tym zestawieniu „Ekstrakty tom 2", bo nie sposób wnikliwie przyjrzeć się takiej ilości tak specyficznych tekstów. Jakkolwiek polecam również i je, to wyobrażam sobie, że ich odbiór jest w dużej mierze bardziej subiektywny niż przy innych tekstach. Są jak wolne myśli, którymi możemy zająć się na chwilę w przerwie od pracy, obowiązków, smutków… Mają dość mało pola do popisu pod względem formy, niemniej jeśli ktoś nie miał jeszcze z nimi styczności, warto się z nimi zapoznać. Ot, fantastyka w pigułce.
Przegląd niezależnych antologii opowiadań z 2024 roku – od postapokaliptycznego mrozu Frostpunka, przez Twórców Twórców, po Rocznik Fantastyczny.
Nie wiem, czy to dobry pomysł, żeby w ten sposób grupować te antologie, ale w jakiś sposób muszę skatalogować to, co się w tym roku zebrało, więc trudno; wyszło tak. W tym wpisie prezentuję w takim razie niezależne zbiory opowiadań, luźno egzystujące w świecie literatury i z niczym blisko niespokrewnione.
Zacznę od „Frostpunka”. Jest to niezwykle udany zbiór czterech świetnych opowiadań, które niezależnie od samej gry, która miała być dla nich inspiracją, wciągają nas w klimat zabójczego mrozu i postapokaliptycznego braku nadziei na jakiekolwiek dobro. Bardzo, bardzo udana pozycja literacja. I tutaj właśnie udało mi się znaleźć prawdziwe perełki. Mam z nimi jednak ten problem, że nie wiem, czy rozpatrując je pod kątem nagrody im. J. Zajdla, nie zasługują na pojawienie się raczej w kategorii powieść, jako krótkie nowele. Stoją w dużym rozkroku między jedną a drugą kategorią.
Jakby nie było, dwa teksty z tego zbioru urzekły mnie pod bardzo wieloma względami. Są to:
1. „Ciepłe mięso” J. Nowaka
2. „Requiem dla pana S.” R. Wegnera
Robert w „Requiem…” ofiaruje nam w zasadzie świetnie zbudowane i przemyślane opowiadanie, które jest zwyczajnie dobre pod każdym względem. Technicznie i strukturalnie nie ma się do czego przyczepić, droga bohatera spełnia wszystkie kryteria Campbella i dyskutować możemy w zasadzie tylko nad tym, czy lubimy bohaterów, świat i opowieść, a to są już kwestie bardzo osobiste. Jest mróz, dylematy, podłości, miłości i wszystko to, czego dobrej literaturze potrzeba.
„Ciepłe mięso” jest natomiast tekstem dużo bardziej wymagającym, bo jest inny niż to, do czego przywykliśmy. Jakub wychodzi poza przyjęte schematy, a sposób pisania tego tekstu może nie każdemu przypaść do gustu. Dla mnie, po początkowym zdumieniu i zaniepokojeniu, opowiadanie okazał się jednak strzałem w dziesiątkę. Nie wiem, czy jest to forma, która sprawdziłaby się na dłuższą metę, ale jej wyjątkowość tutaj przykuwa uwagę i… no, zwyczajnie pasuje do całości. Poza tym urzekły mnie postaci i miasto, które, choć przerażające, przedstawione są w sposób zrozumiały i przekonujący. Od tego tekstu było mi się bardzo trudno oderwać, a za namową człowieka mądrzejszego i bardziej oczytanego ode mnie, w ruch poszła niedługo potem „Droga” McCarthy’ego, która w podobny sposób jest pisana. Dobry człowieku, dziękuję Ci za tę polecajkę.
W dalszej podróży przez antologie trafiamy na zbiór „Twórcy Twórców”, co do którego zupełnie brak mi obiektywizmu i mam tego pełną świadomość. Od samego początku jego powstawania jestem trybikiem zaangażowanym w ten projekt i mówię o tym otwarcie. Nie zmienia to faktu, że przepełnia mnie on dumą i uważam, że jako całość jest bardzo dobrą pozycją. Nie przedłużając, pozwolę sobie wymienić teksty, które w tej antologii lubię najbardziej:
1. „Jeden tuzin kredek rysunkowych” M. Karpiński
Lubię ten tekst od zawsze, od usłyszenia go po raz pierwszy, kiedy był dopiero pierwszym, nieoszlifowanym szkicem. Jest prosty, a zarazem poruszający. Bliski sercu i ciepły, a przy tym wszystkim niebanalny. Po przeczytaniu go, aż trzeba się zatrzymać i przemyśleć go, a potem przemyśleć jeszcze wiele innych rzeczy. I takie teksty lubimy.
2. „Na końcu drogi” G. Królikowska.
Podobnie do tekstu Michała, to również nie jest złożona i trudna historia, a jednak z czegoś obdziera ludzi. Coś wywleka na wierzch i każe rozejrzeć się dookoła z innej perspektywy. To przyjemna historia napisana przez bardzo młodą autorkę i w moim odczuciu zasługuje na uznanie.
Żeby dopełnić moje subiektywne top 5 pozwolę sobie wymienić jeszcze trzy teksty, które szczególnie zapadły mi w pamięć:
„Pogawędka z jeleniem” A. Kubiak
„Morderstwo w zielonym przedziale” M. B. Łukasiewicz
„Eksplozja” M. Peplińskiej
Podkreślę tylko raz jeszcze – cały zbiór jest wart uwagi i wydaje mi się bardzo udaną antologią. I staram się mówić to nie tylko jako współautor „Twórców…”, ale jako krytyczny czytelnik.
Wiem, że antologia na razie jest do dostania tylko w kilku warszawskich bibliotekach, ale już niedługo powinna być dostępna dla każdego, a wtedy wszystkim polecam zapoznać się z jej zawartością, bo warto!
Na koniec zostawiam „Rocznik Fantastyczny” i w sumie nie bardzo wiem, co o nim powiedzieć.
Z przykrością zauważam, że jest to niezwykle niechlujnie wydany zbiór. Opowiadanie rozpoczynające (pomijając fakt, że w ogóle nie jest fantastyką – chyba że za fantastykę uznamy fakt istnienia tajnej organizacji) jest fatalnie przygotowane. Na miejscu autora byłoby mi naprawdę żal, że tekst nie został sprawdzony po konwersji do innego formatu i w takiej postaci został pokazany światu. Ewidentnie w całym zbiorze zabrakło redakcji i korekty, bo ilość błędów w opowiadaniach sprawia, że aż zęby zgrzytają. Wydaje mi się to bardzo nieuczciwym podejściem zarówno do czytelników jak i samych autorów, którzy zapewne oczekują przyzwoitego wydania ich własnych prac. Pomijając te mankamenty, to chyba tylko dwa teksty zainteresowały mnie w tym zbiorze jakoś szczególnie. Większość nie była może zła, ale trudno było też znaleźć coś wybijającego się pod jakimkolwiek względem.
„Nie zabijaj jaskółek, panie ładny” R. Pawlak
Ten nieszczęsny tekst rozpoczynający, którego naprawdę nie dałoby się czytać, gdyby nie był naprawdę ciekawy. Z tym że – jak już było o tym wcześniej – no, nie jest to fantastyka.
„Szelestem liści wyśpiewam swe życzenie” Ł. Redelbah
To był dojrzały i przyjemny tekst. Mam poczucie, że, choć nie jest bez wad, wybijał się nieco na tle całego zbioru.
<p>Celem tego tekstu jest <strong>zachęcenie do dyskusji</strong> nad publikowanymi opowiadaniami i dzielenie się wiedzą o tekstach prawdziwie wyjątkowych, aby porozsiewane po różnych miejscach perełki zostały dostrzeżone i nie ginęły w gąszczu publikacji. W końcu czy założeniem nagrody im. Janusza Zajdla nie jest wyróżnienie tekstów najlepszych, a niekoniecznie tych najpopularniejszych?</p>
Zacznę od tego, że do tej pory udało mi się przeczytać blisko dwieście opublikowanych w tym roku opowiadań. A teraz przejdźmy do tego, czemu wydaje mi się to ważne.
Pod wpływem mojego zeszłorocznego zaangażowania w Zew Zajdla oraz głosowania na nagrodę im. J. Zajdla, jak również za sprawą mojej kilkuletniej skrytej obserwacji tej inicjatywy muszę przyznać, że czuję pewne rozgoryczenie. Zdarzało mi się w ciągu minionych lat czytać naprawdę dużo fantastycznych opowiadań, które nigdy nie doczekały się nawet nominacji, jak również wiele… nie najlepszych opowiadań, które w antologiach z nominacjami się znajdowały.
Nie chcę bawić się w szczegółowe dociekania na temat tego, skąd się taki stan rzeczy bierze, ale za najbardziej prawdopodobne powody uważam kilka czynników:
– osoby nominujące mogą czytać niewiele i oddawać swój głos na podstawie niewielu przeczytanych tekstów,
– osoby nominujące mogą ograniczać się do jedynie kilku źródeł lub autorów, których czytują (co w zasadzie sprowadza się do punktu pierwszego),
– głosy oddane na naprawdę dobre teksty są rozpraszane tak, że głosy oddane podług dwóch pierwszych punktów dominują pozostałe,
– BRAK DYSKUSJI NAD TEKSTAMI PRZED NOMINACJAMI, przez co trudno może być nawet zaangażowanym czytelnikom poszerzać swoje horyzonty.
Nie chcę się zapuszczać w retorykę nad tym, co w tym działa, a co nie i czy naprawdę należy walczyć z obecnym stanem rzeczy. Może tak jest dobrze, a to mi się coś ubzdurało, że mogłoby to wyglądać lepiej? Budzi to we mnie jednak pewien sprzeciw, dlatego osobiście planuję oddać głos szczery i w zgodzie ze swoim sumieniem. Z pewnością nie uda mi się przejść przez całą listę pomocniczą (nie wiem, czy komukolwiek się uda), ale myślę, że połowa jest wykonalna. Poza tym, różni ludzie czytają różne rzeczy i jeśli my, czytający najwięcej, będziemy wymieniać się swoimi spostrzeżeniami, być może nic szczególnie godnego uwagi ostatecznie nam nie przepadnie?
W związku z powyższym spróbuję zrecenzować tak wiele antologii, czasopism i portali, przez które udało mi się w tym roku przebrnąć, ile się da.
Celem tego tekstu jest własnie zachęcenie do dyskusji nad publikowanymi opowiadaniami i dzielenie się wiedzą o tekstach prawdziwie wyjątkowych, niezaprzeczalnie wartych przeczytania, tak, aby porozsiewane po różnych miejscach perełki zostały dostrzeżone i nie ginęły w gąszczu publikacji. W końcu czy założeniem nagrody im. Janusza Zajdla nie jest wyróżnienie najlepszych tekstów, a niekoniecznie tych najpopularniejszych?
W gąszczu promocji i autopromocji może być trudno dojść do tego, co w tym wszystkim ma świetny PR a co zwyczajnie jest świetne. Tym bardziej uważam, że dyskusja nad tym, co szczególnie nas poruszyło, wydaje mi się ważna jeszcze przed zgłaszaniem nominacji, a w osobach, które czytają bardzo dużo pokładam nadzieję, że tekstom wyjątkowym nie pozwolą umrzeć i będą zawczasu przedkładać je reszcie zainteresowanych.
Nie przedłużając, podaję poniżej listę źródeł, z których udało mi się przeczytać opowiadania w tym roku, a w następnych wpisach zacznę robić ich podsumowania:
– wszystkie opowiadania portalu Esensja
– wszystkie opowiadania portalu Fahrenheit
– wszystkie opowiadania portalu Niedobre Literki
– wszystkie opowiadania czasopisma Nowa Fantastyka
– antologie Fantazmatów:
„Na zawsze, do jutra, już nigdy"
„Ekstrakty tom drugi"
„Na zgliszczach"
„Kocha, lubi, zgubi"
„Gastronomicon"
„Fantazmaty IV"
– czasopisma Biały Kruk:
Nr 27 styczeń-marzec 2024
Nr 1 specjalny 2024
Nr 2 specjalny 2024
Nr 28 kwiecień-czerwiec 2024
– antologie Planety Czytelnika:
„Niedobrzysko"
„Odmęt"
– antologia „Frostpunk"
– „Rocznik Fantastyczny"
– antologia „Twórcy Twórców"
– antologia „Harde Bestie" (jeszcze czytane)
Lista najpewniej zostanie jeszcze zaktualizowana do końca stycznia. Wiem, że pewnie i mnie dużo ominęło i ominie w tym roku, tym bardziej chętnie zbiorę polecenia na temat tego, co naprawdę nie powinno mi jeszcze umknąć!
<p>Przegląd najciekawszych opowiadań z numerów magazynu Biały Kruk z roku 2024 – od magii i miecza, przez fantastykę socjologiczną, po morskie opowieści.</p>
Nie umiem niestety wybrać jednego, najciekawszego z tegorocznych numerów. Każdy miał lepsze i gorsze opowiadania, czy raczej takie, które bardziej lub mniej przypadły mi do gustu. Przekazano w nasze ręce zbiory magia i miecz, fantastyka socjologiczna, morskie opowieści oraz teksty redakcyjne. A oto najciekawsze według mnie pozycje, na które zdarzyło mi się natrafić w tym roku na łamach magazynu. Żeby nie przedłużać – bo przecież wszyscy czekają na sedno – oto moje top 4 i pozostałe:
„Bez zmian" J. Kościelniak (Nr 2/2024 specjalny)
W moim subiektywnym odczuciu najlepsze tegoroczne opowiadanie „Białego Kruka". Klimatem mocno pasuje do „Czarnego Lustra", którego wiele odcinków zapadło mi w pamięć. Podczas czytania tego tekstu nie opuszczało mnie poczucie, że nadawałoby się on na kolejny odcinek wspomnianego serialu. Przesyca go niepewność otaczającej nas rzeczywistości, jej dziwność i zarazem przekonanie, że świat może tak właśnie musi wyglądać, tylko to nie jest świat dla nas. Być może tekst szczególnie przypadł mi także do gustu samą tematyką i trafił w czułe struny, a dla innych czytelników zleje się z innymi dobrymi tekstami? Dla mnie zostaje to na razie numer jeden.
Pozostałe, ściśnięte na podium zaraz potem (w losowej kolejności):
„Słowa jego Boga" M. A. Sakowska (Nr 1/2024 specjalny)
Ciekawie zbudowany świat i życie głównego bohatera w migawce. Podobało mi się w tym tekście to, że z czasem czytelnik orientował się, że w zasadzie tekst nie jest o tym, co się głównemu bohaterowi przytrafia, tylko o tym, dlaczego się to dzieje i czy ma to jakikolwiek sens. To opowiadanie wydaje się być tekstem o przezwyciężaniu swoich słabości i pokazywaniu światu, że „się da", gdy tak naprawdę pokazuje, że może czasem się nie powinno, jeśli przezwyciężać cokolwiek mamy jedynie dla świata, a zapominamy w tym wszystkim o nas samych.
„Człowiek doskonały" M. Karpiński (Nr 1/2024 specjalny)
To jest po prostu dobry kawałek postapo, w którym zmieszano człowieka samotnego – być może ostatniego na świecie – z technologią, która pomoże mu przetrwać w tych nieludzkich warunkach. Znów jednak zaczynają pojawiać się pytania, czy powinniśmy o taka pomoc prosić i na ile, w kreowaniu nowych tworów, mamy prawo na zabawę w boga.
„Rozmył się czas" M. M. Lasik (Nr 28 kwiecień-czerwiec)
Ten tekst jest… ładny. Ciekawy i dojrzały, a do tego nienachalny. Świat przedstawiony przez autorkę jest bogaty, ale nie jest w nas wciskany na siłę. Mamy szansę odkrywać go po kawałku, a rzeczy nieistotne pozostają subtelnie niedopowiedziane. Niesamowicie to doceniam, bo tworzy to ciekawy klimat, w którym mogą się odnaleźć nie tylko fani s-f. W moim odczuciu jest to najlepszy tekst z antologii morskiej.
Najciekawsze spośród tekstów, które nie dostały się na moje podium (kolejność przypadkowa):
„Koniunkcja" M. Bannerman (Nr 28 kwiecień-czerwiec)
„Syndrom gotującej się żaby" M. A. Sakowska (Nr 2/2024 specjalny)
„Perfekcyjna harmonia" B. Uznańska-Loch (Nr 2/2024 specjalny)
„Krzem" G. Czapski (Nr 1/2024 specjalny)
„Pojedynek" S. Dec (Nr 27 styczeń-marzec) – Żeby numer magia i miecz nie pozostał bez mojego faworyta, wskaże właśnie ten tekst. Za język i pomysł oraz z nadzieją, że w przyszłości autorka będzie więcej pisać o rzeczach w tekście najważniejszych i mniej o tym, co dzieje się poza ramami opowiadania i w co czytelnik jest nie do końca zasadnie angażowany. Z tym jednak problem miały prawie wszystkie opowiadania ze wspomnianego numeru, dlatego o „Pojedynku" (zdecydowanie najlepszego z tamtego zbioru) i tak chętnie wspomnę w tej liście.
Czekam na zapowiedziany na grudzień kolejny numer Białego Kruka, aby być może powiększyć tę listę.
<p>Można uznać, że mailem z maja 2020 roku biblioteka Fantasmagoria rozpoczęła działalność grupy literackiej Twórcy Twórców.</p>
„Gratulujemy! Udało się! Twoje opowiadanie znalazło się w gronie 15, które biorą dalszy udział w projekcie. Teraz przed całą grupą seria spotkań i warsztatów".
Można uznać, że tym mailem z maja 2020 roku biblioteka Fantasmagoria rozpoczęła działalność grupy literackiej Twórcy Twórców. Od tamtego czasu ochoczo – i z roku na rok coraz intensywniej – również jestem jej członkiem. A kim w zasadzie są Twórcy?
Powstanie grupy Twórcy Twórców inspirowane było działalnością Klubu Tfurców działającego w Warszawie od początku lat osiemdziesiątych. Skupiał on wielu pisarzy, którzy w przyszłości osiągnęli liczne sukcesy literackie, a o ich książkach rozmawia się do dziś. Młodzi artyści na spotkaniach dzielili się swoimi tekstami, omawiali je i dyskutowali nad możliwościami ich poprawy. Brali udział w spotkaniach autorskich i wspólnie organizowali warsztaty – również wyjazdowe.
Ideą przyświecającą założycielkom grupy Twórcy Twórców było stworzenie podobnego miejsca dla współczesnych pisarzy. Zgodnie z obietnicą z przytoczonego maila, w 2020 roku grupa rozpoczęła regularne spotkania, na których Twórcy czytają nawzajem swoje teksty, po czym oprawiają je konstruktywną krytyką i dzielą się swoimi pomysłami i spostrzeżeniami.
Jedynym aspektem działalności Twórców, który w żaden sposób nie został przez założycielki przewidziany, był fakt, że do programu zgłosiły się osoby z całej Polski. Tutaj – szczęście w nieszczęściu – naprzeciw wyszła Twórcom pandemia, która nie tylko ich, ale i cały świat przeniosła na jakiś czas do rzeczywistości wirtualnej. Tym samym grupa od samego początku była prowadzona w sieci na spotkaniach internetowych. Jak się okazało, w niczym to nie przeszkodziło, a zaangażowanie pisarzy, szczególnie w tym trudnym dla świata czasie, pozwoliło zawiązać zgraną grupę twórców.
Na swoich spotkaniach gościli oni również wiele osób ze świata literatury. Autorzy, redaktorzy i literaci prowadzili dla Twórców niejedne warsztaty, a od 2021 roku organizowane są również regularne zjazdy.
W 2022 roku, po przeprowadzeniu kolejnego naboru tekstów, grupa powiększyła się o kolejnych członków i teraz w większym gronie kontynuuje swoją działalność.
Od 2024 roku pod moim przewodnictwem rozpoczęły się również spotkania stacjonarne w Warszawie. Odbywają się regularnie raz w miesiącu w bibliotece Fantasmagoria.
Tymczasem już niedługo – 30 listopada bieżącego roku – odbędzie się premiera pierwszej antologii Twórców. Wspólne dzieło autorów i wspaniałej ekipy Fantasmagorii, która bez wcześniejszego doświadczenia w kwestiach wydawniczych udźwignęła powstanie tej niezwykłej książki.
Tymczasem na rok 2025 zaplanowany jest kolejny nabór do grupy!