Guzik
<p>Są rzeczy, dla których warto poświęcić wszystko: czas, pieniądze, spokój, a nawet... własna duszę.</p>
Hermesowi
Moja babcia mówiła, że stary zgred mieszkający nad nią sprzedał duszę diabłu. Nie miała racji. Po prostu był starym zgredem. Myliła się też co do chłopaka w glanach z bloku dwie ulice dalej i wstrętnej flądry, która nie wpuszczała księdza po kolędzie. Prawdę mówiąc, babcia nie była najbardziej wiarygodnym źródłem informacji.
Szukałem dalej.
Wujek był majstrem i powtarzał, że diabeł bogatemu dzieci kołysze. Nie ukrywał, że chodzi mu akurat o kuzynów, którym faktycznie nie najgorzej się powodziło. Jak byłem u nich przy okazji, rozejrzałem się uważnie. Tak na wszelki wypadek. Dzieci jednak miały się świetnie, a kołysały je elektryczne leżaczki. Ani śladu diabła.
Zapytałem w końcu księdza, lecz ten tylko odparł lakonicznie, że diabeł siedzi tak naprawdę w każdym z nas. Uśmiechnął się i odszedł. Filozof. A ja nie potrzebowałem filozofa. Potrzebowałem kogoś kto w końcu mógłby mi jasno powiedzieć, gdzie go znaleźć.
Przestałem wypytywać. Zacząłem szukać na własną rękę. Byłem w domach rozpusty, dziekanatach i na poczcie. Odwiedziłem Wiejską i akademik politechniki, bo było blisko. Chodziłem po opuszczonych domach, antykwariatach i na death metalowe koncerty. Zapisałem się do wróżek, radiestetów i meteorologów, wprosiłem na czarną mszę do znajomego znajomego. Koleżanka chciała mi nawet podrzucić swoje dziecko na weekend i zapewniała, że to pomoże, ale coś nie chciało mi się wierzyć.
Szukałem dalej, choć zacząłem tracić trochę nadzieję. Nie wiem, może poddałbym się kompletnie, gdyby nie ta zasuszona staruszka, która zaczepiła mnie w kolejce sklepowej. Żaliłem się bratu przez telefon, że to na nic i bez sensu i nigdzie go nie ma, gdy odwróciła się do mnie.
– Szczegóły – powiedziała szeptem, tak żeby nikt inny nie słyszał.
– Co proszę? – Zezłościłem się, że ktoś mi przeszkadza.
– Wieś Szczegóły, gmina Rudziki – odparła. – Tam go pan znajdzie. Tylko proszę nie mówić, że to ja panu powiedziałam. – Jakbym wiedział w ogóle, kim jest.
Zanim zrozumiałem, o co chodzi, spakowała pospiesznie zakupy i odeszła.
Ale nawet gdy już to do mnie dotarło, nie pojechałem tam. Nie od razu. Nadal szukałem po swojemu. W psich budach, windykacji, galeriach handlowych, ZUSie i fabryce przetworów dla niemowląt. Ostatecznie uznałem, że może jednak warto spróbować. Przecież co mi szkodzi?
Pojechałem na wiosnę. Istny koniec świata. Przyjęła mnie starsza pani mieszkająca pod lasem. Pogadałem z nią od serca, a nazajutrz wysłała mnie do starej garbarni i prosiła by więcej z nią o tym nie mówić.
Poszedłem. Na miejscu kazali mi zaczekać przed bramą do fajrantu. Kilka minut po dzwonku zaskrzypiała furtka i wyszedł On, trzymając w ustach zapalonego papierosa.
– No? – zapytał. – Tylko szybko.
– Chciałem duszę sprzedać – powiedziałem bez owijania w bawełnę.
Zaciągnął się, wypalając na raz niemal połowę, po czym wydął gniewnie chrapy.
– Na kogo ja ci wyglądam, co? Nie pcham się w szemrane interesy! – Stuknął kopytem i jakby odganiał muchę, machnął na mnie łapą, na której znać było przetarcia od ciężkiej pracy.
– Kiedy mnie bardzo zależy!
– A mnie w ogóle.
– Bardzo ładnie proszę. Ja muszę…
– Musisz? – Zawahał się. – Ty z tych, co? – Spojrzał na mnie podejrzliwie.
Przytaknąłem, na co skinął ze zrozumieniem.
– Ale tak się nie da – powiedział. – Musze kupić. A pieniędzy nie mam. Zadłużyłem się. Szkoda gadać. – Spojrzał ukosem na zakład.
– Nie będę się targować.
Popatrzył na mnie, już z sympatią i zaczął grzebać w kieszeni.
– O! – powiedział, wyciągając zeń po chwili łapę. – Guzik.
– Dusza za guzik?
– Dusza za guzik!
Przyklasnęliśmy sobie, pieczętując układ. Zatrzymał mnie jeszcze na chwilę, wytłumaczył co i jak, po czym pożegnaliśmy się ciepło i odeszliśmy w swoje strony.
Życie toczyło się dalej. Przestałem szukać. Zajęłam się swoimi sprawami.
Długo po tym, kiedy On spłacił już zapewne cały dług i wszystkie odsetki, przyszło mi w końcu pożegnać się z tym światem. Zapamiętałem na ten czas każde jego słowo i wszystkie wskazówki, które mi dał. Przeszedłem przez limbo, skręciłem gdzie mi kazał. „Mijasz piekło, mijasz niebo – duszy nie masz, nikt się nie może czepiać." Szedłem jak mi tłumaczył, nie zatrzymując się i nie odwracając, aż dotarłem na miejsce. Chcieli mnie stamtąd jeszcze zawrócić i pognać z powrotem przed Sąd Boży, lecz zaparłem się machając im guzikiem.
– Guzik chcecie sądzić? – pytałem. – Guzik? Nie mam duszy. Nic tam po mnie.
Popatrzyli po sobie, pokiwali ze zrozumieniem głowami i rozstąpili się.
Spojrzałem na most, który się przede mną ukazał. W moim zimnym już ciele, gdzieś daleko na ziemi, z pewnością zadrżało jeszcze serce. Ruszyłem przed siebie, nie będąc nawet pewnym, co mnie właściwie czeka. Szczeka? Idę dalej ściskając guzik. Szczeka! Po chwili widzę, jak biegnie do mnie w podskokach, machając na boki ogonem. Kucam. Witamy się chyba całe wieki. Kto nam zabroni? Kto nam zabroni witać się teraz i całe eony?
– Tęskniłem przyjacielu – odparłem w końcu. – Chodź, oprowadzisz mnie po okolicy.
–
11 II 2016 Warszawa
Od autora:
Na wstępie zaznaczę, że naprawdę nie przepadam za tłumaczeniem tekstów przez autora – dobry tekst w końcu broni się sam, prawda? – ale czuję, że to jedno opowiadanie może go wymagać. Gdy „Guzik" został po raz pierwszy wysłany jako propozycja wydawnicza, przyszła do mnie odpowiedź mówiąca, że w porządku, całkiem fajny tekst, ale jak to tak można pisać o tym, że zwierzęta nie mają duszy? No więc ja chcę wyjaśnić, jak to tak można.
Tekst został napisany po utracie wspaniałego przyjaciela. Był to dla mnie trudny moment, który chyba jest zupełnie zrozumiały dla każdego, komu przyszło żegnać się z najlepszym psem świata – jest ich naprawdę dużo, więc każdy może mieć swojego, nie? Ten tekst był dla mnie jedną z wielu form ułożenia sobie tego, co się wydażyło i zastanowienia się nad tym, jak dalej żyć. Był próbą znalezienia sposobu na to, żeby koniec nie stał się końcem ostatecznym i wykrzesania skądś iskry nadziei w tym beznadziejnym okresie. Był tylko szukaniem drogi.
Warto wspomnieć też o tym, że „Guzik" powstał jako dzieło wtórne. Zainspirował mnie do niego wiersz, napisany również przeze mnie, nieco wcześniej, nieco bliżej tego dnia, którego nikt nie chciał, w zasadzie to… ledwie nazajutr od „wtedy". A oto i on, winowajca całego zdarzenia:
Ogłoszenie
Sprzedam duszę,
tanio, za bezcen.
Pilnie muszę,
ja już jej nie chcę.
Bo mi się gdzieś obiło o uszy,
że ponoć pies też chodzi bez duszy
i że po śmierci nie idzie do nieba,
bo żeby tam iść, duszę mieć trzeba.
Więc ja jej nie chcę. Oddam za grosze.
Chcę iść dokładnie tam, gdzie on poszedł.
I, jak ktoś wie, gdzie mogę ją sprzedać,
To niech mi powie. Nie chcę do nieba…