Przyszłość, jaka jest, każdy widzi – "Miasto Światłości" M. Smolarski

· Recenzje

<p>Polskie s-f z początku XX w. Połączenie postapokaliptycznego świata z wizją utopijnej enklawy otoczonej dobrodziejstwami najnowszej techniki. Dzicz kontra miasto. Człowiek przeciwko maszynie.</p>

„Miasto światłości” Mieczysława Smolarskiego z 1924 r. jest jedną z wcześniejszych polskich powieści science fiction – zdaje się też, że zupełnie zapomnianą. Koniec dziewiętnastego wieku na świecie, a potem okres międzywojenny w Polsce były momentem, w którym fantastyka naukowa pojawiała się coraz częściej, jednak „Miasto światłości” przykuwa szczególną uwagę z jednego względu – chodzi o oskarżenie jakie Mieczysław Smolarski wystosował przeciwko Aldousowi Huxleyowi, autorowi światowej klasyki jaką jest „Nowy Wspaniały Świat”. Polski autor oskarżał Huxleya o plagiat, a skoro mówimy o dziele takiego kalibru, warto przyjrzeć się sprawie znacznie bliżej.

Czyżbyśmy my Polacy faktycznie jakimś cudem przeoczyli tak wzniosłe dzieło spłodzone na naszym rodzimym podwórku? Czy Polska nie poznała się na powieści o takim rozmachu i bezwiednie zamiotła ją pod dywan? Jeśli bowiem oskarżenia Smolarskiego miały twarde podstawy, „Miasto Światłości” mogło okazać się prawdziwym skarbem. Sam Huxley nigdy nie odniósł się do tych zarzutów i sprawa na światowym forum istotnie została zamieciona pod dywan, nie doczekawszy się rozstrzygnięcia. Mam nadzieję, że w tym wpisie uda mi się wystarczająco dobrze nakreślić charakter „Miasta Światłości”, żeby każdy kto zna „Nowy Wspaniały Świat” umiał sam sobie odpowiedzieć na pytanie, czy faktycznie możemy doszukiwać się tu plagiatu.

Przede wszystkim jednak skupię się na tym, dla czego ta seria – Przyszłość jaka jest każdy widzi – powstała: sprawdzeniu, jak autorzy z dawnych czasów wyobrażali sobie przyszłość. Postaram się też – jak zwykle – ograniczyć możliwe spoilery do minimum, żeby osoby, które po książkę zdecydują się sięgnąć, nadal mogły czerpać przyjemność z samej fabuły.

Jak w takim razie przyszłość widział Smolarski?

Przede wszystkim widział ją w bardzo ponurych barwach. Już na początku książki dowiadujemy się, że przedstawiony świat to realia postapokaliptyczne. Przyszła wojna, na ludzkość opadły trujące gazy, wysoko rozwinięta cywilizacja przestała istnieć – do XXX wieku przetrwali tylko nieliczni, a ludzkość wróciła do epoki sprzed znaczących osiągnięć technologicznych. Legendy mówią jednak, że jest coś jeszcze. A kiedy legenda okazuje się prawdą, poznajemy zamkniętą enklawę – tytułowe Miasto Światłości, w którym uchowały się wszystkie dobrodziejstwa najwyższej techniki, czyli:

Miasto

Samo miasto jest miejscem rozległym, zadbanym i na pierwszy rzut oka bardzo przyjaznym swoim mieszkańcom. Z opisów dowiadujemy się o ozdobnych kolumnadach, dużych publicznych placach, bujnych ogrodach i ścieżynkach prowadzących do rozmaitych ośrodków miejskich.

Wiemy, że po ulicach nie jeżdżą już ani autobusy, ani tramwaje, a transport publiczny w mieście to przede wszystkim kolejka powietrzna jeżdżąca na linach rozpiętych nad miastem. Co poniektórzy posiadają samochody, ale nie jest wyjaśnione komu właściwie przysługują, ile ich jest i po jakich drogach się poruszają.

Wspomniane są ciekawe, acz nieudane i wyparte wynalazki, takie jak elektryczne chodniki, „po których przechodnie podążali na lśniących łyżwach, narażając się ciągle na zderzenia i wypadki”, lub bezprzewodowe telegrafy. Innym śladem przeszłości są lądowiska dla samolotów znajdujące się na dachach domów. W czasach, w których dzieje się akcja powieści, z samolotów już prawie nikt nie korzysta, więc stare lotniska przekształcano na jadłodajnie lub ogrody. Loty międzymiastowe i zagraniczne już nie mają racji bytu, bo też innych miast już nigdzie na świecie nie ma.

Prawie cała metropolia jest bogato oświetlona – stąd też jej nazwa – a jest to oświetlenie o tyle wyjątkowe, że ludzie przyszłości, którzy pragną się nim w pełni nacieszyć, uliczki i rozmaite miejsca dekorują lampami w różnych kolorach. Niektóre okolice mogły cieszyć się różowym blaskiem lamp, inne błękitnym lub ciepłym pomarańczowym. Najbardziej szczególnym i wykorzystywanym przy wyjątkowych okazjach oświetleniem były lampy… czarne. Są one opisywane jako coś, co nie tylko niezwykle skutecznie rozświetla mroki, ale też pozwala przenikać ziemię na kilkadziesiąt metrów w głąb. Jako inspirację dla tego pomysłu do głowy przychodzi mi stosunkowo nowy w czasach powstania powieści wynalazek, którym były promienie rentgenowskie, ale czy tak było naprawdę, nie wiem.

Ustrój i życie społeczne

Ludzie w wizji Smolarskiego żyją w społeczeństwie rządzonym przed Radę Magów. Skąd to dziwne określenie w świecie science fiction? Jeden z bohaterów tłumaczy to jako kolejną pozostałość z dawnych czasów, kiedy nowy ustrój się dopiero kształtował. W tym samym czasie szczyt rozwoju przeżywała umiejętność hipnozy, a ludzie, którzy osiągnęli w tej dziedzinie mistrzostwo i potrafili jednym spojrzeniem zapanować nad umysłami innych, nazywano właśnie magami. W prawdzie w czasach opisywanego w powieści Miasta Światłości umiejętności te zostały już zapomniane, ale Rada Magów zachowała swoją nazwę. Ostatecznie była to jednak bardzo zwykła rada ministrów i innych polityków z Wielkim Magiem Izem na czele.

Cały parlament jest w zasadzie tworem niezmiennym od lat, bo też ani miasto, ani jego mieszkańcy od dawna się nie rozwijają. Jedynym problemem z jakim przychodzi się im w powieści zmierzyć są buntownicy pragnący wydostać się z zamkniętej enklawy metropolii.

Ich motywacją ma być niechęć do wspomnianej stagnacji i pragnienie rozwoju, którego nie są już w stanie osiągnąć w obecnej sytuacji. Jest to w prawdzie trochę sprzeczne z innymi elementami książki, pojawia się bowiem informacja o tym, że w mieście działają dziesiątki szkół (czego się w takim razie tam uczą?), jak również poruszany jest problem tego, że już w zasadzie nikt niczego nie umie, bo ludzie wyręczani są przez maszyny. Po co są w takim razie te szkoły i czemu mieszkańcy nie sięgają po wiedzę techniczną i specjalistyczną, szczególnie w obliczu kryzysu, w którym sprzęt, po latach nieustającej pracy, zaczyna się psuć? Czy w takiej sytuacji owa stagnacja i rozleniwienie ludzi jest winą systemu czy problemem osobistym?

Wiara i przekonania

Społeczeństwo Miasta Światłości przedstawia siebie samo jako takie, które wyzbyło się wszelkich wzruszeń, ale czasem gubię się w tym, co to w zasadzie oznacza. Z jednej strony powtarzane jest, że ludzie pozbyli się ze swojego życia tego, co ich unieszczęśliwiało – wiążą się z tym również pragnienia, miłość i poświęcenie. Uciechy są niezobowiązujące, ludzie cieszą się życiem i sobą nawzajem jedynie dla przyjemności, nie dla zobowiązań. Mają prawo nic nie robić i w tym nic nierobieniu odnajdywać radość z życia.

Z drugiej strony niespecjalnie widać to w ich zachowaniu, dialogach oraz reakcjach bohaterów na rozmaite sytuacje. Naprawdę trudno w nich ten brak wzruszeń dostrzec. Ich zachowania zdają się w większości sytuacji na tyle bliskie normalnym ludzkim reakcjom, że trudno mi jako czytelnikowi uwierzyć w tę zmianę mentalności, o której jest mowa. Złoszczą się, denerwują, angażują, boją, rozmawiają i reagują na kolejne wydarzenia tak, jak mogliby to robić normalni ludzie.

Ponadto wśród mieszkańców można łatwo dostrzec owo pragnienie wzruszeń chociażby w informacji o pojawiających się towarzystwach okultystycznych, powszechnych szkołach filozoficznych, wierze chrześcijańskiej, która uchowała się w zakątkach miasta czy wręcz w szeroko rozpowszechnionym kulcie bogini Astarte. Autor nie wyjaśnia niestety, co się z owym kultem wiąże, lecz można się domyślić, że chodzi raczej o pewne idee, niż o faktyczny kult dawnej bogini. Rytuały wiary są formą afirmacji cielesności i rozkoszy, przedstawieniami mającymi dostarczyć wrażeń (a jednak!) i sposobem na nudę. A wspomnianą nudę czasem zabija się na scenach świątyni przesadnie krwawo, czego w sumie można spodziewać się po społeczeństwie znudzonym życiem i gotowym stłumić potem wszelkie nieprzyjemne uczucia jednym łykiem eliksiru uspokajającego.

Wspomniana wiara co i rusz wydaje się im jednak potrzebna i to w kwestiach wykraczających proste dążenie do rozkoszy, tym samym wracamy do punktu wyjścia, czyli kto, jak i czego w zasadzie się wyzbył? I czy owo wyzbycie się jest tak szczere, jak się wydaje w obliczu rosnącej potęgi buntowników odmawiających korzystania z tych cudownych eliksirów, a co za tym idzie, odmawiających przestrzegania ustalonych norm społecznych?

Zdrowie i codzienność

Mieszkańcy Miasta Światłości się nie starzeją i nie chorują (chociaż i w tym zakresie pojawiają się w powieści sprzeczne informacje). Co ważne, od dwudziestu lat nie rodzą się w nim również żadne dzieci, ale nie dowiadujemy się, dlaczego tak się dzieje, skoro wszyscy są nieustannie doskonale zdrowi i doskonale młodzi.

Wiemy, że medycyna osiągnęła poziom, w którym lekarz może nawet przywrócić życie pacjentowi niedawno zmarłemu. Ba, może on wstrzymać wszelkie funkcje życiowe organizmu na czas przeprowadzenia niezbędnej operacji, aby potem te funkcje na nowo wprawić w ruch, kiedy ciało będzie już zaleczone.

Ludzkość zdaje się też nie spożywać tradycyjnych posiłków i polega przede wszystkim na „pożywieniu ze związków chemicznych, wystarczających do życia”. Czy wspomniane wcześniej jadłodajnie były w takim razie jedynie punktami wydawania substancji chemicznych? I Jak ma się do tego pojawiająca się informacja o tym, że codziennie w mieście zabija się wiele zwierząt, skoro nie miałyby być zabijane na pokarm?

Ludzie nie mają obowiązku pracy, bo wszystko robią za nich maszyny, a ubrania i rzeczy potrzebne do codziennego życia dostają za darmo od zarządu opieki społecznej.

Spędzają dni na zabawie i rozrywkach, ale mamy jedynie lichy wgląd w to, jak dokładnie miałyby te atrakcje wyglądać i dlaczego nie znajdują ujścia dla dręczącej ich nudy. Mieszkańcy spotykają się wieczorami na balach i przyjęciach, grają na instrumentach (wspomniane jest rektopiano pochodzące z „dawnych czasów”), lub raczą się narkotykami i chodzą na występy. Atrakcje te wyglądają jednak inaczej, niż moglibyśmy sobie wyobrażać. Podczas jednego ze slamów poetyckich dowiadujemy się na przykład, że sama treść słów nie jest już ciekawa i twórcy skupiają się na wszelkich innych doznaniach słuchowych. Wygłaszają utwory za pomocą modyfikacji tonów i wydawania z siebie nietypowych dźwięków, imitując rozmaite wydarzenia i sytuacje.

Jednak jak miałby wyglądać ich dzień od poranka do nocy, jak wyglądają domy ludzi, którzy wszystko mają i czemu pozwalają sobie na marazm, tego autor nam już nie zdradza

Więcej w tej kwestii dowiadujemy się z powieści „Kłopoty pana Hamiltona” wydanej w 1928 roku, w której poznajemy świat sprzed nastania niszczycielskiej wojny. Jeśli byśmy założyli, że Miasto Światłości wyglądało tak jak inne opisywane w książce nowoczesne miasta (w „Kłopotach pana Hamiltona” opisywana jest akurat Warszawa), moglibyśmy przyjąć, że wszyscy mieszkają w gigantycznych, pięćdziesięciopiętrowych domach-miastach, samowystarczalnych i połączonych ze sobą siecią wspomnianych kolei powietrznych. Każdy z takich domów ma wspólną jadłodajnię, więc nikt nie potrzebuje prywatnych kuchni; są piętra przeznaczone na kawiarnie i miejsca rozrywek; dachy zmieniono na ogrody lub różnego rodzaju kluby.

Opis ten niestety zdaje się niejednokrotnie stać w sprzeczności z opisem Miasta Światłości, więc albo zaszły znaczne zmiany w ciągu pięciuset lat między akcją obydwu powieści (tak się czasem zdarza), albo było to miasto istotnie inne niż wszystkie pozostałe, albo też zadziało się coś jeszcze, o czym nie wiemy. Mimo to jedyną wzmianką, która mówi nam o tym, że Miasto Światłości faktycznie mogło być wyjątkowe na skalę światową, jest informacja ze wspomnianej powieści o panu Hamiltonie, gdzie jest mowa o metropolii jako o nowo powstałym i wyjątkowo nowoczesnym miejscu. Nie wiemy jednak, co dokładnie ma się za tą informacją kryć, ani dlaczego nie zostało to podkreślone właśnie w „Mieście Światłości”.

Pojazdy i technika

Cała wspaniałość miasta opiera się na niezwykłych maszynach, które od dziesiątek lat zastępują ludzi we wszelkiej fizycznej pracy. Jak dokładnie miałoby to wyglądać, tego się nie dowiadujemy. Uchyla się czytelnikowi jedynie rąbka tajemnicy takimi informacjami jak ta, że maszyny przechowywane są w specjalnych halach, do których w zasadzie nikt nie ma wstępu. Od dnia uruchomienia maszyn nikt do nich nie zaglądał i pozostaje mieszkańcom jedynie odbierać efekty ich pracy. Można się domyśleć, że tyczy się to wszystkiego od pozyskiwania energii (i jej źródeł), poprzez działanie kanalizacji, produkcję chemicznej żywności, produkcję ubrań (i pozyskiwania na nie materiałów) oraz wszystkiego, co człowiekowi do życia potrzebne. Jest to bardzo niespójna i dziurawa wizja, która niestety nie potrafi się obronić nawet przed najprostszymi pytaniami. Myślę, że być może dałoby się nawet przymknąć na to oko, gdyby nie fakt, że to wszystko jest osią fabuły i głównym czynnikiem występującego w niej konfliktu. Osobiście trudno mi było w związku z tym zawiesić niewiarę i aż korciło, żeby dowiedzieć się więcej o tym, jak miałoby to wszystko działać.

W powieści pojawiają się takie wynalazki jak wspomniane już samoloty (obecnie służące jedynie do niedalekich wycieczek), sterowce, samochody czy telefony, a nawet wideofony (choć nazwa ta się nie pojawia). Reszta nowinek technologicznych pozostaje zamknięta za drzwiami hal maszynowych i sami mieszkańcy miasta nie wiedzą, jak to wszystko działa.

Trudno się jednak dziwić bohaterom w tej kwestii, skoro wiedza o osiągnięciach, z których obecnie korzystają, dawno przepadła. Ludzkość się przecież rozleniwiła, a pamięć o tym, jak działają urządzenia, które nie potrzebowały naprawy ani konserwacji od co najmniej kilkudziesięciu lat kompletnie zanikła. To znaczy, przepadła w umysłach i wiedzy ogólnej społeczeństwa, bo instrukcje do wszystkiego… leżą na wierzchu przez cały czas. Po prostu nikt nie ma ochoty ani kompetencji, żeby z nich skorzystać.

Wspominane są też niuanse tego, jak miasto przetrwało odległą wojnę, która to doprowadziła do upadku cywilizacji. Nad miastem rozciągnięto siatki, dzięki którym wyłapano pociski mające spaść na budynki, a całą metropolię otoczono obiegiem elektrycznym uniemożliwiającym zarówno przedostanie się do środka jak i wydostanie się na zewnątrz. Aby zniwelować działanie trujących gazów stworzono natomiast sztuczną atmosferę. Nie jest jednak wyjaśnione, czemu inne miejsca na świecie takich środków zachowawczych nie przedsięwzięły i czemu tylko to jedno polis poradziło sobie z zastałym kryzysem. Nie pojawia się bowiem informacja, żeby Miasto Światłości w jakikolwiek sposób przodowało przed wojną pod względem swoich osiągnięć. ( Poza wspomnianą wcześniej sugestią dotycząca wyjątkowości miasta, która pojawia się dopiero w „Kłopotach pana Hamiltona”). Dowiadujemy się tylko, że tu i ówdzie był jakiś jeden wybitny naukowiec, który własnoręcznie stworzył ten lub inny wynalazek, z którego teraz mogą korzystać rozleniwione masy.

W dalszej części powieści pojawia się także ciekawa wizja pozyskiwania energii ze światła – wizja zapoczątkowana najpewniej już przez obserwacje Kepplera, lecz nadal bardzo nowatorska jak na pierwszą połowę dwudziestego wieku. Ta jedna rzecz – rakieta kosmiczna napędzana żaglem słonecznym (w powieści pojawia się dosłowne porównanie mechanizmu do żagla) – zdaje się być jednym z najbardziej wizjonerskich pomysłów Smolarskiego. Trzeba jednak dla kontrastu zauważyć, że naukowcy Miasta Światłości przeczą istnieniu próżni w przestrzeni kosmicznej, a planeta Wenus (w powieści nazywana Wenerą) ma posiadać warunki do życia znacznie lepsze niż te na Ziemi.

Podsumowanie

Mieszkańcy metropolii stworzonej przez Smolarskiego przekonani są o doskonałości systemu, w którym żyją, ale jako czytelnicy możemy łatwo zrozumieć, że jest to lichy pozór, a owa doskonałość – nawet jeśli była kiedyś w zasięgu ludzkości – dawno przeminęła. Miasto Światłości i podobne jemu nowoczesne aglomeracje miały być efektem dziejów w których ludzkość spoczęła na laurach i dostała życie tak wygodne, że wszelka praca była już niepotrzebna. Rozwój technologiczny doszedł do pewnego, bardzo wygodnego momentu, po czym ustał całkowicie, a brak dalszego postępu miał przyczynić się do zguby ludzkości.

Książka jest formą przestrogi przed bezrozumnym poleganiem na technice i wyzbyciem się wszelkiej ambicji. Czytelnik musi jednak w dużej mierze uwierzyć w ów opisywany przez autora marazm ludzkości i stagnację postępu, bo przedstawiani w niej bohaterowie nie robią wrażenia postaci, które by się na to szczerze godziły. Świat Smolarskiego – udany czy nie – wydaje się przesadnie wychwalany przez jego mieszkańców i tym samym mało wiarygodny.

Z drugiej strony może tak właśnie wygląda rzeczywistość z perspektywy tych, którzy wszystko mają i nic nie muszą? Można pozwolić sobie na założenie klapek na oczy, zignorowanie tego, że ktoś ma inny pomysł na ludzkość, oraz uparte trwanie przy tym, co wygodne, mięciutkie i beztroskie. Tylko czy naprawdę łatwo jest powiedzieć sobie „po nas choćby potop”, kiedy „my” możemy trwać wiecznie, a kolejnych pokoleń może nigdy nie być?