Przyszłość, jaka jest, każdy widzi – „Gdy śpiący się budzi” H.G. Wells
· Recenzje
<p>Epoka wiktoriańska zmierzchała, a świat wkraczał powoli w nowe millenium. Nie tylko Wells zastanawiał się, co czeka ludzkość, ale właśnie on zdecydował się sięgnąć oczami wyobraźni nie tylko do zbliżającego się XX wieku, ale aż do roku 2100. Co mu z tego wyszło?</p>
Powieści science fiction nie są dla nas już żadną nowością, a półki w księgarniach i bibliotekach uginają się od pozycji z tego gatunku. Wiele z tych dzieł powstało przed dziesiątkami, jeśli nie setkami lat, tym samym opisywana w nich przyszłość często jest już naszą teraźniejszością, a my z pobłażaniem lub podziwem możemy przyjrzeć się temu, jak niegdyś wyobrażano sobie XXI wiek.
„Gdy śpiący się budzi” autorstwa H. G. Wellsa to opowieść o znudzonym życiem Grahamie, który niespodziewanie zapada w tajemniczy letarg. Nie starzeje się w swoim dziwnym stanie, ale też ani on sam nie umie się z niego uwolnić, ani nie radzą sobie z tym żadne znane ludzkości procedury medyczne. W ten sposób przesypia ponad dwieście lat, a gdy się budzi… O, panie! Gdy się budzi, okazuje się, że Graham jest oficjalnie władcą prawie całego globu i najbogatszym człowiekiem na Ziemi (Einstein miał rację, że procent składany to ósmy cud świata!).
Nie będę oceniać, czy jest to książka dobra czy zła. To zawsze możecie sprawdzić sami. W tym tekście skupię się jedynie na analizie tego, jaką wizję przyszłości przedstawił Wells. W związku z tym oczywiście zdradzę niewielką część fabuły, ale postaram się to zrobić tak, żeby nie psuć zabawy tym, którzy sami zechcą sięgnąć po lekturę.
Książka ukazała się drukiem u samego schyłku XIX wieku w roku 1899. Epoka wiktoriańska zmierzchała, a świat wkraczał powoli w nowe millenium. Nie tylko Wells zastanawiał się, co czeka ludzkość, ale właśnie on zdecydował się sięgnąć oczami wyobraźni nie tylko do zbliżającego się XX wieku, ale aż do roku 2100. Daleko, co? Co mu z tego wyszło?
Fabuła książki to przede wszystkim intryga polityczna, której osią jest walka o głównego bohatera i władzę, którą dzierży jako obecny pan świata. Wizja tego, że olbrzymie pieniądze pozwoliły komukolwiek wykupić na własność większość państw i kontynentów wydaje się nieco absurdalna, ale od czego jest fantastyka? Wystarczyło trochę grosza i krok po kroku cały świat przeszedł na własność śpiącego Grahama, a raczej panującej w jego imieniu Rady.
Miasto Przyszłości
W powieści Wellsa ludzie całkowicie zrezygnowali z życia na wsiach. Na całym świecie nie ma już małych miasteczek, wiosek ani terenów podmiejskich. Wszyscy jak jeden mąż przenieśli się do wielkich metropolii. Dlaczego? No proste! Wielkie metropolie miały fonografy, kinematografy oraz wszystkie inne -grafy, a do tego fantastyczne maszyny, które z jakiegoś powodu w kreowanym przez Wellsa świecie nie mogły dotrzeć na tereny wiejskie. Po co więc ktokolwiek miałby chcieć mieszkać na wsi? Jej rozwój w powieści był jednoznacznie niemożliwy. Wsie zniknęły z powierzchni Ziemi i teraz „cały świat był cywilizowany”. Trochę to smutne i w sumie nie dowiadujemy się też, jak w takim razie miało wyglądać chociażby rolnictwo przyszłości. Kto żywi wielomilionowe tłumy żyjące w metropoliach? Trudno powiedzieć, bo też o tym, co oni właściwie jedzą, wiemy bardzo niewiele.
Wiemy natomiast, że znaczną część terenów zielonych wokół miasta zamieniono na… elektrownie wiatrowe! To właśnie z nich czerpie się prąd dla wszystkich miast przyszłości, a wiatraki i różnego rodzaju wentylatory (ruch obrotowy ewidentnie Wellsa fascynował) są w książce do bólu wszechobecne i doczekały się wręcz własnego ministerstwa.
Lecz, mimo wszechobecności elektroniki, brakuje na przykład urządzeń osobistych. Poza domowymi fonokinematografami (przypominającymi telewizory) raczej nie znajdziemy niczego do użytku prywatnego.
Miasta są za to miejscami ponad miarę bezpiecznymi. Świecące „globy” i „gwiazdy” (czemu po prostu nie lampy?) znajdujemy na każdym kroku, a ludzie nie znają prawdziwych ciemności. Coś w tym jest. Za to wszystkie ulice i domy są ogrzewane i wolne od niedogodności atmosferycznych.
Z jakiegoś powodu jednak nie ostała się żadna architektura minionych wieków. Główny bohater nie rozpoznaje Londynu, gdy widzi miasto po obudzeniu się ze swojego snu. Żegnaj Big Benie, żegnaj pałacu Westminsterski, żegnaj Tower Bridge i miejskie kamienice. Nie ma dla was miejsca w przyszłości. Wszystko jest zbudowane ze szkła, oblekane bielą, smukłe, obłe, arkadowe, przestronne i jasne. Pojawia się też tajemnicza „sztuczna substancja podobna do giętkiego szkła”. Czyżby plastik? Nie wiemy natomiast, co z przyrodą i zwierzętami. Choć nie jest to jasno w powieści powiedziane, można się domyślić, że nie tylko dla koni i psów nie ma miejsca w metropoliach, ale także dla parków, drzew i trawników. Tylko raz pojawia się wzmianka o stadach owiec pasących się poza miastem, ale jak wygląda ich hodowla, skoro wszyscy mieszkańcy żyją w obrębie metropolii? Do głowy przychodzi mi jedynie klasyczne delegowanie opiekunów stad na pola na czas wypasania.
Co ciekawe, ludzie przyszłości u Wellsa, mimo iż posiadają swoje mieszkania, całe dnie spędzają na ulicach miast. Własne lokum służy głównie do wyspania się i wypoczęcia, ale prawdziwe życie toczy się na ulicach i w wielkich halach. Tym samym wraz z głównym bohaterem odwiedzamy między innymi halę żywieniową, ogłoszeniową, wychowawczą, targową, rozrywkową… I choć może się to wydawać dziwaczne, muszę zauważyć, że podobny konstrukt już w historii ludzkości się pojawiał. Chodzi o wielkie miasta Imperium Rzymskiego. Wiemy, że nawet bogate wille romańskie były miejscami służącymi głównie do spania i odpoczynku, a codzienne życie toczyło się… na ulicach. Kolejnym podobieństwem do Imperium Rzymskiego i świata przyszłości Wellsa jest ubiór, czyli luźne togi dla każdego!
Ustrój i życie codzienne
Podział klasowy na lud robotniczy i elity okazuje się być dla Wellsa konstruktem ponadczasowym. Szybko dowiadujemy się, że pozornie utopijny świat jest rządzony przez tyranię arystokratyczną. Piękne miasto, na swojej powierzchni tętniące wesołym życiem, skrywa podziemne kondygnacje zamieszkiwane przez ubogich. Limitowany dostęp do światła dziennego, podłe jedzenie, dramatycznie niska jakość życia… Najuboższym klasom pozostaje oddać się pod opiekę towarzystw robotniczych. To one karmią i ubierają biednych, ale ubierają nie byle jak, a w szaty z niebieskiego płótna żaglowego (przyszłość pod sztandarem jeansu!). Niebieskie togi są w prawdzie wytrzymałe, ale dobitnie stygmatyzują najuboższą warstwę społeczną, która nie ma jak ukryć swojego niskiego stanu.
O tym, co robią ludzie przyszłości na co dzień, wiemy niestety niewiele. Dowiadujemy się na przykład, że książek drukowanych już nie ma, bo były „nietrwałe i brudne”. Zostały one zastąpione przez cylindry, które są tajemniczymi nośnikami nie tylko dzieł pisanych ale też filmów i nagrań audio. Alfabet łaciński został zastąpiony przez pismo fonograficzne, a fakt ten sprawia, że początkowo główny bohater jest w świecie przyszłości analfabetą. Graham na szczęście szybko się go uczy.
Czego w natomiast świecie przyszłości nie ma to… malarstwo. Śmieszne obrazki olejne, które dawniej ludzie oprawiali w ramy i wieszali na ścianach już dawno wyszły z mody, bo „ludzie się nimi znużyli”. Nie jest to powiedziane wprost, ale łatwo się domyślić, że musiało to spotkać również i wiele innych dziedzin sztuki. Czyżby w świecie ze szkła, pokrytym bielą, obłym, przestronnym i jasnym nie było miejsca na takie „głupoty”? Może chociaż pastuszkowie na polach coś malują dla zabicia nudy, skoro nie sposób zabrać tam ze sobą fonokinematografy?
Do pewnego paradoksu dochodzimy, kiedy spróbujemy przeanalizować kwestię pracy fizycznej. Z jednej strony wiemy, że klasa robotnicza (a już szczególnie jej najbiedniejsza część), pracuje bardzo dużo, z drugiej strony dowiadujemy się, że ta praca jest już w ogromnej mierze zautomatyzowana i polega głównie na obsłudze maszyn. Jest w tym pewna sprzeczność; jakby Wells czuł, że postęp mechanizacji pracy nastąpi z ogromną mocą, ale nie umiał sobie wyobrazić, co w takim razie będą robili uciśnieni robotnicy, bez których ewidentnie świat nie może istnieć. Mimo to autor nie chciał przyznać otwarcie, że nawet w takim świecie może istnieć ogrom pracy fizycznej, z którą maszyny mogą sobie nie radzić.
Wiemy też, że zmienił się system pieniężny i ludzie na dobre pozbyli się monet, na rzecz czeków.
Zdrowie
Jak się w tych miastach żyło? Przede wszystkim zdrowo! Główny bohater trafia nawet na swojej drodze na siedemdziesięcioletniego staruszka, który nie jest ani głuchy, ani ślepy! (Ciekawe, co by powiedział Wells na wieść o tym, że do 2040 roku Duńczycy planują wydłużyć wiek emerytalny właśnie do 70 roku życia. Miejmy nadzieję, że Skandynawowie, których te zmiany obejmą, również nie będą jeszcze ani ślepi, ani głusi!). Odkładając żarty na bok, w wizji Wellsa choroby wirusowe nie istnieją tak samo jak ludzie łysi (sic!). Nikt nie pali również tytoniu, a co!
Powszechną metodą leczenia jest natomiast… hipnoza. Mesmeryści i hipnotyzerzy są na porządku dziennym i to oni są pierwszą linią obrony przed wszelkim złem czyhającym na organizmy ludzkie. Lecz mimo iż długie, szczęśliwe życie wydaje się być na wyciągnięcie ręki, to ludzie starzy nadal nie mają łatwo. Z lakonicznego opisu Wellsa wynika, że ci, którzy czują, że ich czas się zbliża, powszechnie poddają się eutanazji.
Pojazdy
W roku 2100 prawie nie ma już pojazdów naziemnych. Kolej jest przeżytkiem i istnieje w formie szczątkowej. O samochodach ani o tym, co zastąpiło bryczki i powozy, wiemy niewiele. Ludzie poruszają się po mieście na piechotę. (Kolejny aspekt zdrowotny). Tym, co ewidentnie intrygowało Wellsa, były natomiast maszyny latające. W jego wizji to właśnie one pozwoliły Radzie zawładnąć światem. Monopol na poruszanie się w przestworzach dał rządzącym potęgę, której nie sposób było się oprzeć. Tym samym jakiekolwiek podróże do innych miast i w rozmaite rejony świata możliwe są jedynie za pomocą tychże machin latających.
Dzielą się one na dwie kategorie: wielkie, parowe aeroplany oraz jedno lub dwuosobowe aerostaty. Te pierwsze to gondole z ogromnymi skrzydłami. W otwartym wnętrzu siadają pasażerowie, a pojazdem kieruje jeden wyspecjalizowany aeronauta. Aeroplany są bardzo podatne na warunki pogodowe, więc można nimi podróżować jedynie przy dobrych warunkach atmosferycznych. Te na szczęście da się przewidywać z ogromną dokładnością i do pewnego stopnia kontrolować. Jak? Tego się niestety nie dowiadujemy. Machiny startują z wysokich pomostów i tylko na nich mogą lądować. Podróż z Londynu do Paryża trwa w takim pojeździe 45 minut (nieźle!), a z Londynu do Nowego Yorku dwie godziny (jeszcze nieźlej!).
Mniejsze machiny – aerostaty – są powszechniejsze, ale niezwykle drogie i dostępne tylko dla bogatych. Istnieje również możliwość podłączenia do ich podwozia kół lub motoru, aby poruszać się nimi po stałym lądzie.
Co ważne, aeronautyka jest dziedziną zastrzeżoną dla władzy. Wiedza o budowie i obsłudze maszyn latających nie jest powszechnie dostępna. To w końcu dzięki niej udało się podbić cały świat i Rada nie ma zamiaru dzielić się tą zdobyczą nauki.
Jako ciekawostka pojawia się też informacja o tym, że transport dóbr materialnych jest również niezwykle prosty za pomocą poczty pneumatycznej. Funkcjonuje ona zarówno węwnąrzmiastowo jak i międzymiastowo i międzykontynentalnie. Rzecz zamówioną z Ameryki do Europy można dostać za pomocą takiej poczty ledwie w chwilę. (Czemu więc jest problem z doprowadzeniem jej na przedmieścia?)
Edukacja i macierzyństwo
Przykro mi, ale macierzyństwo w świecie przyszłości nie jest w modzie. Jedynie najniższe partie społeczne doszukują się w nim jeszcze czegokolwiek chlubnego. Kobieta z wyższych sfer mogłaby zdecydować się w życiu na jedno i tylko jedno dziecko. Ot, aby dać światu „dowód życia”. Wiemy tym samym, że światowa populacja maleje, ale czy jest to problem, kiedy sam Londyn ma 33 mln mieszkańców?
Matki w powieści Wellsa nie wychowują swoich dzieci. Niemowlęta żyją w wielkich halach, w których pieczę nad nimi sprawują wyspecjalizowane ku temu humanoidalne roboty. To one karmią dzieci, tulą, przewijają… Bohaterowie książki przekonują Grahama, że takie rozwiązanie praktycznie pozwoliło zlikwidować umieralność wśród małych dzieci (co w czasach powstania książki było nadal ogromnym problemem). Główny bohater jest też przekonywany, że przecież ludziom młodym – świeżym rodzicom – tylko zabawa i tańce w głowie i wręcz nieodpowiedzialnym jest powierzanie im opieki nad dziećmi. To właśnie zabawą młodzi zajmują się na co dzień, sporadycznie odwiedzając swoje pociechy. A pociechy te, żeby dobrze się zachowywały i nie figlowały ponad miarę, regularnie poddaje się zabiegom hipnotycznym mającym za zadanie naprostowywać je na zachowania społecznie akceptowalne.
Co się tyczy edukacji, niestety nie przysługuje ona najuboższym. Biedota nie może liczyć na szkołę. Ale czy to aż tak źle, kiedy „wszystkie kobiety nowoczesne (niezależnie od statusu społecznego) są niewykształcone”? Być przesadnie wykształconym zdaje się wręcz nieprzyzwoite.
Edukacja w szkołach prowadzona jest nie przez nauczycieli, a przez zastępujące ich fonografy nadające materiał lekcyjny. Dowiadujemy się również, że rządowi zależy, aby szkoła była miejscem przyjaznym i lekkim, a program nauczania był, cóż… bardzo skromny, żeby dzieci uczyły się niewiele. Ot tyle, żeby ludzie nie byli za mądrzy i nie chcieli się buntować. Edukacja trwa ledwie do czternastego roku życia, a przez kolejne dwa lata nastolatkowie obowiązkowo odpracowują tę edukację.
Dochodzimy w tym punkcie do elementu, którego w moim odczuciu Wells wyjątkowo nie przemyślał. W powieści pojawia się bowiem informacja o tym, że uczono się również za pomocą hipnozy i była to metoda błyskawiczna i pozwalająca posiąść bardzo szybko ogromną wiedzę. A skoro tak, to skąd w ogóle jakiekolwiek ograniczenia w nauce i czemu szkoła nadal trwa kilka lat, zamiast kilku dni? Jak miałoby się to przekładać na specjalizacje? Czy można zostać lekarzem w tydzień, a jeśli tak, czemu każdy nie korzysta z takiej możliwości? I czemu nie wykorzystuje się takiej hipnozy w systemie resocjalizacyjnym, tylko zsyła ludzi do ciężkich więzień ukrytych pod miastem? Czemu nie korzysta się z przymusowej hipnozy, aby kontrolować rosnące wśród ludu niezadowolenie? Na te pytania nie dostajemy żadnej odpowiedzi.
Kwestia kobieca
W tej sprawie dochodzimy do ciekawych spostrzeżeń, które pokazują, że pewne aspekty zmian społecznych były naprawdę trudne do przewidzenia. Kobieta przyszłości według Wellsa nadal w zaskakująco niewielkim stopniu mogła o sobie decydować i mieć jakiekolwiek większe ambicje. Podział na to co przystaje mężczyznom i kobietom jest bardzo wyraźny i nadal nie ma dla kobiet miejsc ani w polityce, ani na jakichkolwiek „poważnych” stanowiskach, zarówno w pracy, jak i na co dzień.
Widać to chociażby w jednym z dialogów, kiedy to Graham zauważa, że do pomocy w misji, którą musi wykonać, potrzebna mu będzie pomoc niedawno poznanej niewiasty:
„– Pani musi mi pomóc!
– Ja? Kobieta?”
W powieści pada w prawdzie zapewnienie, że „obecnie” istnieje niezliczona ilość zajęć dla kobiet i wiele pań jest teraz niezależnych, a robotnica jest równie powszechna jak robotnik. Jednocześnie pojawia się idące za tym zbulwersowanie głównego bohatera, że kobieta powinna być matką, nie robotnicą i opiekować się domem i dziećmi, a system przyszłości jest bezduszny i niewłaściwy.
Kwestia rasowa
Oh, boy, jak ta książka się źle zestarzała pod tym względem.
Od czego tu zacząć? Może od tego, że Londyn zdaje się być miejscem bardzo skąpym rasowo. Ciekawostką jest niepokój Grahama o to, jak potoczyły się losy obserwowanego w XIX wieku ryzyka „zalewu rasy żółtej”. Na to pada jednak pocieszająca odpowiedź, że rasa żółta okazała się ludźmi bardziej cywilizowanymi, niż można się było spodziewać i udało jej się sprawnie zasymilować z Europejczykami. Nie udało się to natomiast czarnoskórym mieszkańcom globu. No cóż, Wells nie pozostawia w książce na Afrykanach suchej nitki.
Służą oni przede wszystkim utrzymaniu porządku społecznego, a ich rola w cywilizowanym świecie to tworzenie formacji brutalnej policji. Jest to broń ostateczna Rady, która potrzebuje takiej siły do trzymania ludu w ryzach. W książce pada szereg krzywdzących komentarzy pod adresem nieszczęsnych stróżów prawa, przyrównujących ich do „półdzikich stworzeń” czy „potulnych bydląt wolnych od wszelkiej idei”.
Główny bohater na wieść o możliwości sprowadzenia do Londynu afrykańskich oddziałów w celu uspokojenia zamieszek, otwarcie mówi, że „nie chce żadnych murzynów w Londynie, bo może i jest przesądny, ale ma szczególne pojęcie o Europejczykach i rasach niewolniczych”. Zapewnia też, że ”biali ludzie podlegają rządom białych, a murzyni są tylko narzędziem w służbie porządku”.
Jednym słowem Wells nie widział w swojej wizji przyszłości miejsca dla czarnoskórych. Zastanawia w takim razie, jak miasta przyszłości wyglądały w Afryce. Wiemy bowiem, że również ten kontynent była pod rządami Rady i tam także, jak w Europie, ludzie żyli już tylko w miastach. Tym samym, tak jak Europejczycy, musieli przecież prowadzić bardzo podobny do nich tryb życia.
Miasta rozkoszy
W świecie przyszłości – skupionym w potężnych metropoliach – miały pojawić się takie twory urbanistyczne jak Miasta Rozkoszy. To: „dziwne miejscowości, przypominające legendarną Sybaris, miejsca sztuki i piękna, bezpłodne, cudowne miasta pełne ruchu i muzyki, w których zjawiało się wszystko, co skorzystało z ostrej haniebnej ekonomicznej walki”. Są to miejscowości służące jedynie oddawaniu się najróżniejszym przyjemnościom, a wybieranie się do nich – tak powszechne dla klasy wyższej – jest postrzegane jako marzenie przeciętnego ludu.
Wiemy na przykład, że ludzie starzy, będący na skraju życia, za pozostałe im oszczędności wykupują w ośrodkach zajmujących się eutanazją wycieczki do Miast Rozkoszy. Tam spełniają po raz ostatni swoje najdziksze pragnienia i żądze, aby po powrocie spokojnie poddać się zabiegowi opuszczenia tego świata.
Podsumowanie
Wells opisał świat kompletnie odmieniony, pozbawiony samochodów, chorób i wojen, a jednak – jeśli spojrzeć pod przykrywkę utopii i zajrzeć w niezliczone podziemne kondygnacje przemysłowe – świat ten i tak miałby być nadal pełen cierpienia i niesprawiedliwości. Z tekstu można wywnioskować, że autora w największym stopniu intrygował prężny rozwój cywilizowanych miast, postęp w dziedzinie awiacji oraz próba osiągnięcia pokoju na Ziemi (obkupionego bądź co bądź utratą wolności). Problemy społeczne – mimo iż zamiecione pod dywan tak, aby nie było ich na co dzień widać – zdają się jednak pozostawać w dużej mierze bez zmian. Ludzie przyszłości, nawet ci najlepiej sytuowani, mieli być słabo edukowani i próżniaczy, a ich główny życiowy cel to przede wszystkim dobra zabawa.
Wszystko to pośród szkła, bieli, wentylatorów, skryte w cieniu platform dla machin latających i odziane w togi.
To ja poproszę w takim świecie o pracę za miastem, tę przy wypasaniu owiec.