Cicha noc, wieczna noc
<p>Czy Święty Mikołaj jest światu jeszcze potrzebny? Czy są dzieci, które nadal czekają na gwiazdkowy cud, zamiast na torby pełne markowych pudeł i najmodniejszych cacek?</p>
Wstęga ciemnej rzeki wiła się dziesiątki metrów pod płozami. Gładka tafla wody odbijała ciemne niebo chmurnej, bezgwiezdnej nocy. Gdy się patrzyło na wodę z góry, można było odnieść wrażenie, że to szczelina między dwoma brzegami. Rozpadlina prowadząca w głąb świata, z którego, jak z czarnej dziury, nie wracało nic – nawet światło.
Sanie szarpnęły mocniej, na co dzwonki odpowiedziały głośnym pobrzękiwaniem. Reny opuściły łby i skierowały się ku światłom pobłyskującym niedaleko łysiny miejskiej plaży. Długie molo ciągnące się wzdłuż brzegu rozświetlało okolicę rzędem latarni. Dopiero w ich blasku nieprzepastna czerń stawała się znów wodą, niczym ciepły wosk zasklepiającą pęknięcia w skorupie świata między dwoma brzegami. To tam się kierowali.
Zwierzęta, dysząc ciężko i zarzucając rogatymi łbami, pędziły w dół prosto na kawałek drewnianego traktu, wynurzającego się z rzeki.
Zanurkowały ostro i przez chwilę zdawać by się mogło, że spadają, aż wreszcie gwałtownie wyrównały lot. Żeliwne płozy omal nie uderzyły o dach kawiarni znajdującej się na końcu pomostu, a chwilę później kilka par kopyt zadudniło na drewnianych deskach. Sanie opadły ciężko i powoli zaczęły zwalniać, sunąc coraz wolniej jak po pasie lotniskowym. Gdy dotarli do końca molo, zwierzęta dreptały już tylko żwawym kłusem, a gęste opary mgły wydobywały się z ich kościanych łbów.
Setki lat służby u Świętego im nie służyły. Wieczność nikogo nie oszczędzała, ale reny, niestrudzenie pędzące podniebnymi szlakami, dawno przestały przypominać przyjazne zwierzęta, którymi kiedyś były. Gruba sierść mogła chronić przed mrozem, ale skóra smagana ostrym wiatrem na wysokości kilku kilometrów, wystawiona na nieludzkie warunki, po latach zaczęła pękać. Po kilu dekadach odłaziła już grubymi płatami, jak wężowa wylinka, aż ostatecznie pozostawiła pyski i przednie kończyny ogołocone do kości. Cóż, reny nie były stworzeniami o wyjątkowo opływowych kształtach.
Mocne poroża trzymały się twardo na swoich miejscach, a zaraz za nimi, na karkach, falowała gęsta, siwa grzywa, ale łby pobłyskiwały już jedynie białą kością. U niektórych ostały się jeszcze głęboko osadzone ślepia, przeżarte bielmem, niczym upiorne perły.
Z nozdrzy wydobywały się strużki ciepłego powietrza. Zaprzęg opuścił molo, po czym skręcił na drogę wyłożoną kamienną kostką.
Śniegu nie było. Zwierzęta stąpały ciężko po bruku, ale sanie sunęły bezgłośnie kilka centymetrów nad ziemią. Ruszyli w stronę rynku, nie niepokojeni przez przechodniów.
Nikt nie odwracał się za rzędem renów, nikt nie zwracał uwagi na podniszczone sanie, zwinnie lawirujące między pojazdami. Nikt nie przejął się tym, że zaprzęg zatrzymał się w końcu na szerokim placu i wysiadł z niego mężczyzna obleczony w wypłowiały, bladoróżowy płaszcz.
Wieczność nie oszczędzała nikogo.
Krótka broda i wąsy pożółkły od papierosów, a worki pod oczami i opadłe poliki w niczym nie przypominały rumianego, pucułowatego oblicza dawno temu zajmującego ich miejsce. Mężczyzna poprawił uszatkę i ruszył przed siebie, nie oglądając się na zaprzęg. Skręcił w boczną uliczkę, po czym stanął przed sklepem monopolowym.
Pociągnął nosem i wszedł do środka. Ekspedientka nie podniosła głowy znad krzyżówki. Nie odwróciła się na pobrzękiwanie butelek, gdy sięgał po piwa. Schował kilka z nich do głębokich kieszeni i podszedł do kasy. Nie drgnęła nawet, kiedy wyciągnął dłoń, a na plastikową podstawkę posypała się garść monet.
Wyszedł bez słowa.
Zatrzymał się na ulicy i gwizdnął krótko. Zaraz potem renifery wychynęły zza węgła i podeszły posłusznie. Święty złapał poroże jednego z nich i przyciągnął do siebie, zmuszając zwierzę do obrócenia łba. Przytknął butelkę do końcówki rogu, dawno temu z nudów wyrzeźbionej na kształt otwieracza do butelek. Kapsel kliknął i odskoczył przed ulatującym z sykiem gazem. Święty puścił rena i ruszył chodnikiem, przytykając szkło do ust.
Reny podążały za nim po zadbanym brukowanym deptaku otoczonym białokremowymi kamienicami. Czerwone dachy chyliły się przyjaźnie ku ziemi, jak parasole, odcinające przytulne miasteczko od chmurnej nocy. Było ślicznie. Bajkowo niemal. Brakowało tylko prószącego delikatnie śniegu, wpadającego w pułapkę poświaty ulicznych latarni, i chórów kolędników w przebraniach. Może kręcili się po jarmarku na rynku?
Przeszedł powoli kilka ulic, obserwując zmieniający się miejski koloryt. Nagle coraz mniej było wokół nich bieli i czerwieni. Niespodziewanie ustępowała szarościom, a przepych odcinał się, od podniszczonych kamienic tej części miasta, jakby opadający ze ścian tynk, mógł być zaraźliwy.
Święty zatrzymał się, a reny, posłusznie stanęły zaraz za nim. Obrzucił obojętnym wzrokiem stary ceglany budynek stojący na uboczu. Jedno z tych miejsc, których nikt oprócz znudzonej młodzieży i bezdomnych nie chciał zauważać. Drewniane drzwi zamknięto solidną kłódką, z jakiegoś powodu sądząc, że powstrzyma to kogokolwiek przed wejściem do środka przez rozbite okno na tyłach. Szyby na parterze, przynajmniej te od strony ulicy, zastawiono dyktą. Te na piętrze dalej straszyły brudnym, zmatowiałym szkłem, ale nie było ich przynajmniej na linii wzroku.
Święty odwrócił się i cofnął do sań. Stanął jedną noga na płozie, chwycił się oparcia siedzenia i gwizdnął cicho, a zwierzęta ruszyły ostrożnie. Unieśli się lekko, zatoczyli koło nad ulicą i wrócili pod dom. Zatrzymali się pod jednym z wiekowych okien na piętrze. Mężczyzna zajrzał do środka, ale niewiele widział w ciemności. Rzucił pustą butelkę pod siedzenie i sięgnął do kieszeni po notatnik, aby upewnić się, czy adres jest właściwy. Był. Raz jeszcze pociągnął nosem, puścił oparcie i zrobił krok naprzód. Przed siebie, przez ścianę. Nie było dla niego przeszkód.
Stanął na brudnej zakurzonej posadzce. Zostawił na zewnątrz zaprzęg i spoglądającego na mężczyzną zaciekawionego rena. Miejsce wyglądało na od dawna opuszczone. Tląca się na środku pokoju świeca rzucała wątły blask na pomieszczenie. Na szczęście Święty bez problemu widział w ciemności.
Dostrzegł odłażącą ze ścian farbę, dziurę po framudze drzwi i kilka butelek w rogu ułożonych jedna na drugą. Chyba ktoś dla żartów próbował zrobić z nich choinkę. A może nie dla żartów? Spojrzał na stary materac w kącie pokoju. Coś na nim leżało. Coś przykryte było zużytą, puchową kołdrą bez poszewki i wystawiało spod niej tylko czubek głowy. Dwoje czarnych, pustych oczu spoglądających na ciemny pokój bez emocji.
Święty zatrzymał skupione spojrzenie na tamtym miejscu. Nie takie rzeczy już widywał. A w zasadzie głównie takie.
Odkąd większość dzieci dostawała prezenty od rodziny i bliskich, jemu pozostawały tylko te niechciane maluchy, pozostawione same sobie. Nie potrzebowano go w ciepłych domach, z górami podarków wylewającymi się spod choinek. Jego zadaniem było upewnić się, że każde dziecko dostanie prezent i od lat odwiedzał już tylko te, które na bliskich nie mogły liczyć.
Zostawiał drobiazgi nieprzykuwające uwagi. Coś, czego nikt nie zabierze obdarowanemu następnego dnia rano, albo drobiazg, który można było łatwo schować. Tyle udawało mu się dla nich zrobić. A potem wracał do domu i sam zaczynał pić, coraz bardziej upodabniając swoje cztery ściany do tych, w których bywał… od święta.
Coś delikatnie naciągnęło kołdrę wyżej na twarz, przez co zostawiło sobie już tylko niewielką szparę, przez którą mogło obserwować pokój i… jego?
– Hej – mruknął mężczyzna i ukucnął obok świecy. Cienie załopotały na pustych ścianach, aby uspokoić się chwilę później. – Widzisz mnie? – zapytał zachrypłym głosem.
Odpowiedziało mu nieśmiałe, powolne kiwnięcie głową.
To się zdarzało. Niektóre dzieci widziały nieco więcej, w tym także jego. Taka luka w nałożonej na Świętego klątwie, której nie potrafił niestety rozgryźć. A szkoda. Może mógłby dzięki temu nauczyć się komunikować z innymi? Na co dzień zadowalał się jedynie towarzystwem renów i robił, co do niego należało.
– Uciekłeś z domu? – zapytał Święty.
Ponowne przestraszone skinięcie.
Kiedyś dzieci, które go przyłapywały, witał wesołym: „A czemu jeszcze nie śpicie?". Od dawna jednak nie potrafił się już zdobyć na wesołość.
Westchnął i skrzywił się lekko.
– Skoro nie śpisz – powiedział zbierając myśli – to może sam mi powiesz, co byś chciał dostać?
– Jesteś Świętym Mikołajem? – zapytał maluch. Wysunął usta i brodę spod brudnej kołdry.
– Tak. Czego byś chciał… Witku?
– Możesz spełnić moje życzenie? – Dziecko uniosło się na łokciach i usiadło, zakrywając się nadal szczelnie przed zimnem tak, że tylko głowa mu wystawała.
– Nie – odparł z posępnym mruknięciem. – Mogę tylko dać ci coś w podarku. Prezent.
– Czy mógłbyś mi w prezencie dać nową rodzinę?
– Obawiam się, że to nie możliwe – stwierdził Święty bez emocji.
Już to przechodził. Wiele razy. Próbował. Starał się przechytrzyć klątwę i naginać jej zasady, ale nieśmiertelności nie dostaje się niskim kosztem. Bariery trzymające go w ryzach były solidne niczym żeliwne kraty. Próbując z nimi walczyć, mógł co najwyżej przysporzyć sobie bólu głowy.
– Zabawki. Mogę ofiarowywać jedynie zabawki i niewinne podarki. Więc jak? Jest coś, co byś chciał ode mnie dostać?
Chłopiec milczał. Odwrócił wzrok na migoczący płomień świecy i wpatrywał się w niego przez chwilę bez słowa. Święty nie musiał czytać w myślach, aby rozumieć, co mu chodzi po głowie. Zabawki były ostatnią rzeczą, jaka była mu teraz potrzebna.
– Scyzoryk? – zaproponował mężczyzna, próbując przerwać martwą ciszę.
Witek pokręcił niechętnie głową.
– Może czapkę? Mógłbym ci dać czapkę. Tu jest zimno jak w kostnicy – powiedział, zanim zdążył ugryźć się w język. Porównanie mogło do rana okazać się zbyt trafne.
– Szachy? – zapytał chłopiec niepewnie.
– Szachy?
– Mhm. Szachy – przytaknął, a migotanie świecy odbiło się w jego ciemnych oczach.
– Mogę ci dać szachy. Jesteś pewien? – Wyciągnął przed siebie dłonie w czarnych, zdartych rękawicach.
– Tak. Chcę szachy. Zagrałbyś ze mną? – Spojrzał na mężczyznę z nadzieją.
Święty ściągnął brwi. Nie musiał się martwić czasem. Dla niego biegł on zupełnie innym torem niż dla zwykłych ludzi. Jakkolwiek długo by tam nie został, na pewno nie zabrakłoby mu nocy na odwiedzenie reszty dzieci. Ale czy chciał? Nie, nie chciał. Przyzwyczaił się żyć obok nich. Rozgoryczenie po powrocie do pustego domu, kiedy wcześniej rozmawiało się z kimś, spędziło czas… to bolało bardziej niż odtrącenie zawczasu. Upicie łyka gorącej czekolady, gdy nie mogło się sięgnąć po całą szklankę, tylko rozdrażniało kubki smakowe. Napływało więcej śliny, a żołądek ściskał się i przypominał, jak dawno niczym go nie poczęstowano. Łatwiej było uciec, zanim dotarł go jeszcze słodki zapach. Łatwiej było klasnąć w dłonie i zniknąć tak szybko, jak to możliwe, zamiast zostawiać sobie bolesne wspomnienie bliskości drugiej osoby. To go bardzo bolało. Ale… dziś przecież nie chodziło o niego.
– W porządku – wydusił z siebie, czując nieprzyjemny uścisk w klatce piersiowej.
Odwrócili się obaj, gdy usłyszeli stukanie do okna. Ren zarzucił łbem, żeby popędzić Świętego. Ten tylko machnął na niego ręką, jakby chciał odpędzić muchę. Raz jeszcze ułożył dłonie przed sobą i skupił się na nich. Tym razem przerwał mu chłopiec:
– A czy jak wygram… – bąknął, a oczy zrobiły mu się nagle okrągłe z emocji. – Czy możemy się umówić… że, jak wygram… to, czy nie mógłbyś jednak spełnić jednego mojego życzenia? – zapytał zmieszany, nie będąc pewnym, czy nie prosi o zbyt wiele. Z drugiej strony, co miał do stracenia?
Święty zmarszczył czoło.
Umówić się? Umowy miały wielką moc. Niemal tak wielką jak błogosławieństwa i klątwy. Chłopiec nie mógł zdawać sobie z tego sprawy, ale zawarcie umowy dawało Świętemu większe możliwości. Magia, zarówno dzika jak i ta dawno oswojona, otwierały się na traktaty i skupiały gromadnie wokół przysiąg i zobowiązań. Gdyby się umówili… tak, wtedy chyba mógłby spełnić jego życzenie.
– Zgoda. Jeśli wygrasz – przytaknął Święty po chwili zastanowienia. – Jeśli wygrasz, spełnię twoje życzenie.
Ciepły blask wdarł się na chwilę do pokoju i drewniana, starannie rzeźbiona szkatułka pojawiła się w otwartych dłoniach mężczyzny. Usiadł i położył ją na podłodze między nimi. Obrócił pudełko ostrożnie i uniósł metalowy haczyk zatknięty na niewielkim gwoździku. Otworzył wieko, po czym wysypał czarne i białe figury. Przysunął bliżej świecę, aby chłopiec lepiej widział planszę. Poustawiał pionki na miejsca; czarne po swojej stornie – białe po jego.
– Zaczynasz – powiedział i skinął głową.
Blada ręka wysunęła się powoli spod kołdry i pion powędrował sprzed króla, dwa miejsca do przodu. Grali powoli, bez pośpiechu, w skupieniu zastanawiając się nad kolejnymi ruchami. Na zmianę, biały, czarny, biały, czarny, odszedł pion, odszedł goniec, biały, czarny, koń wdarł się ciut za daleko, czarny, biały, czarny, hetman nierozważnie zatrzymał się obok wieży, ale jakimś cudem wyszedł z tego cało, roszada, odszedł koń i pociągnął za sobą kolejnego gońca…
Przeciągłe skrzypienie oderwało Świętego od planszy. Odwrócił się do okna, za którym ren kręcił niespokojnie łbem. Raz jeszcze przywarł rogiem do szyby i przejechał nim po gładkiej powierzchni. Mężczyzna cmoknął niezadowolony i wrócił do gry. Drobna chłopięca dłoń pewnym ruchem pchnęła kolejnego piona do przodu. Mężczyzna uniósł wzrok na Witka i już chciał sięgnąć po hetmana, kiedy zamarł.
Dziecko wpatrywało się w planszę z zaciętością i mocno zaciskało wargi. Dobrze grało, zauważył Święty. Zadziwiająco dobrze jak na chłopca opuszczonego przez Boga i ludzi. Nie żeby siebie samego uważał za wybitnego gracza, ale spodziewał się zupełnie innej rozgrywki. Takiej, w której być może będzie musiał tu i ówdzie zrobić kilka niewinnych błędów, zamiast zawzięcie bronić się przed zostaniem pokonanym w każdym kolejnym ruchu.
Witek, kiedy zauważył jego zawahanie, również uniósł wzrok. Płomienie świecy nadal odbijały się w jego oczach, choć tym razem Święty zauważył, że niepokojąco dobrze do nich pasowały. Kolejne skrzypienie wyrwało go z zamyślenia, ale już się nie odwrócił.
– Graj – nakazał stanowczo chłopiec, a mężczyzna, chcąc nie chcąc, sięgnął po figurę.
– Czego byś sobie życzył? – zapytał ostrożnie. Obserwował teraz ruchy chłopca z dużo większą uwagą. – Jeśli wygrasz?
– Nic wielkiego. – Witek z chłodną obojętnością strącił ostatnią wieżę Świętego.
– Nie mam nieograniczonej mocy.
– To, czego od ciebie chcę, nie powinno być dla ciebie szczególnie wymagające.
– Więc jesteś już zdecydowany? – Zaklął w duchu, kiedy zauważył, że zrobił kolejny nierozważny ruch.
– Jestem – przytaknęło dziecko bez zawahania, a w jego głosie pobrzmiała nuta czegoś, niepasującego do ośmiolatka. Czegoś, co nie pasowało w ogóle do człowieka.
– Może uchylisz rąbka tajemnicy?
– Szach – odparł tamten w odpowiedzi. Sięgnął po białego hetmana i przesunął go kilka pól po pustej już niemal planszy. – I mat – dodał spokojnie.
Stukanie w okna nie było już potrzebne, ale reny jeszcze o tym nie wiedziały. Nerwowo parskały i przepychały się przed kamienicą, zarzucając kościanymi łbami i przestępując w powietrzu z nogi na nogę.
Gra była skończona.
Chłopiec trzymał jeszcze chwilę zimne palce na figurze, jakby sam nie mógł w to uwierzyć. A potem nagle blada dłoń opadła na planszę z nieprzyjemnym plaśnięciem, kiedy oderwała się od ręki. Przewróciła pozostałe na niej piony i zamarła w bezruchu.
Święty wzdrygnął się i skrzywił z niesmakiem. Powoli, nie spuszczając wzroku z chłopca, podniósł się z ziemi. Witek, albo raczej to, co tak uparcie go przypominało, podążyło za nim martwym spojrzeniem i lekko uniosło kąciki warg. Kikut ręki schował się na powrót pod kołdrę, ale tylko na chwilę. Zaraz potem wychynęła stamtąd łapa naszpikowana długimi, czarnymi pazurami. Sięgnęła do ciemnych włosów dziecka i pociągnęła je lekko w dół. Zsunęła skalp i wymęczoną chłopięcą twarz, po czym odrzuciła je niedbale na bok. Stwór zaczął się podnosić i rosnąć. Zrzucił starą kołdrę, ukazał włochate cielsko i z westchnieniem ulgi wysunął długie, zaokrąglone rogi sięgające niemal do sufitu. Resztki niewielkiego ciała, w które nieporadnie się wcisnął, rozdarły się teraz na nim jak za małe ubranie. Zamachnął długim ogonem i stuknął kopytami, rozprostowując nogi.
Święty zacisną ze złości zęby i cofnął się pod ścianę, nie spuszczając z Krampusa wzroku.
– Jedno życzenie – warknął demon, robiąc krok w jego stronę. – Zgodziłeś się. Wiąże cię przysięga.
Jak mógł się dać tak podejść? Jak mógł go nie rozpoznać? Bydlak uśpił jego czujność, chowając się przed nim na długie lata. Święty miał sposoby, żeby go przeganiać, ale kiedy podstępem wciągnięto go w układ…
– Czego chcesz? – zapytał przez zaciśnięte gardło.
– Tę noc spędzimy razem – warknął Krampus. – Zabierzesz mnie ze sobą i wspólnie odwiedzimy dzieci. Wszystkie, te dobre i te złe. I uczciwie się podzielimy, jak za starych dobrych czasów; dobre dla ciebie, a reszta dla mnie, Święty. Niewiele – dodał uśmiechając się wykrzywioną kozią twarzą. – Nie będziesz ich już przede mną ukrywał. Nie dziś – stwierdził, po czym ruszył w stronę sań i przeniknął przez ścianę.
Reny rzuciły się gwałtownie naprzód, jakby chciały uciec, ale potężna magia trzymała pojazd w miejscu. Mogły szamotać się tak w nieskończoność, a i tak nic by im to nie dało.
Razem, powtórzył Święty w myślach, nadal z trudem pojmując, co się właściwie stało. Razem z Krampusem jeździć od domu do domu? Jakby w tych beznadziejnych miejscach nie dość było już zła i nieszczęść? Grzeczne dzieci… To nie były miejsca dla grzecznych dzieci. To były miejsca, gdzie trzeba było walczyć o przetrwanie, a walka ta nieraz wymagała brutalności. Brutalności, którą wszyscy się brzydzili, choć nie potrafili od niej uciec.
Święty już dawno zrezygnował z podziałów. Rozumiał, że każdy zasługuje na szansę. Prezenty zostawiał wszystkim, naznaczając w ten sposób obdarowanych jako godnych podarku i zamykając w ten sposób drogę do nich Krampusowi. Gdyby jednak stwór dotarł na miejsce jako pierwszy, sam miał prawo dokonać osądu. Przewaga Świętego polegała na tym, że wiedział dokładnie, które dzieci mają być odwiedzone. Demon natomiast musiał szukać na oślep. Jeśli mieliby podróżować razem…
– No chodź, staruszku – zawołał stwór. Rozsiadł się nonszalancko na ławie i wyszczerzył ostre kły. – Nic już nie zrobisz.
Nic już nie zrobi. Święty poczuł napływającą falę złości i bezsilności. Dał się oszukać. Nie będzie mógł się ruszyć stąd bez demona, a dopóki nie odwiedzi wszystkich dzieci, wigilijna noc nigdy się dla niego nie skończy.
– Pospiesz się – ryknął Krampus. – Szczeniak narobił mi smaku. Nie każ na siebie czekać!
W sumie… czemu nie? Do czego mu było spieszno? Do domu?
Mężczyzna westchnął ciężko, po czym ponownie usiadł na podłodze i oparł się o ścianę. Sięgnął do kieszeni po kolejną butelkę i otworzył ją stuknięciem o parapet, rozlewając przy tym odrobinę gęstej piany. Niespiesznie zaczął sączyć piwo. Gorzkie i paskudne, jak wszystko dookoła. Tymczasem Krampus… Krampus uszczknął gorącej czekolady.
Stwór opuścił po chwili sanie i raz jeszcze zarył kopytami w grubej warstwie kurzu pokrywającego leciwą posadzkę.
– Co robisz? – zapytał, starając się ukryć niecierpliwość.
– Odpoczywam – odparł Święty obojętnie.
– Odpoczywasz?
Cielsko demona zatrzęsło się ze złości. Dookoła wyraźnie rozchodził się teraz nieprzyjemny zapach chłopięcej krwi. Już mu ślina napływała do pyska? Już mu się żołądek skręcał? Ze zwłok niewiele zostało, a on miał ochotę na więcej. Głodował przez tyle lat, żeby tylko przeprowadzić ten fortel.
– Niczego nie ugrasz – parsknął gniewnie.
– Masz rację – przyznał Święty ze spokojem. – Dałem się podejść jak głupiec. Ale po co się spieszyć?
Próbował sobie przypomnieć, czy demon naprawdę zażyczył sobie spędzić całą noc razem z nim? Jeśli tak, to sam też nie będzie mógł się od niego oddalić. Będzie musiał siedzieć tam w oparach słodkiej śmierci, tak długo jak długo sobie Święty zażyczy. Kiedy zorientuje się, że przysięga działa w obie strony? Kiedy zacznie z szaleństwa wylizywać podłogę do ostatniej wsiąkniętej w deski kropli krwi, nie mogąc znieść głodu?
– Dzieci poczekają – mruknął. Uśmiechnąłby się, ale już dawno zapomniał jak to się robi. – A ty takie ładne szachy dostałeś. Może chcesz jeszcze zagrać? – Skinął głową na rozrzucone figurki.
Nie chciał. Jeszcze nie. Czy zmieni zdanie, kiedy zorientuje się, że czas, w tę jedną noc, podąża za Świętym i na jego życzenie może stanąć w miejscu? W tym miejscu, z tym pragnieniem i tym ściśniętym żołądkiem. Kiedy się zorientuje, że wieczność nie oszczędza nikogo?